czwartek, 30 stycznia 2014

Maroko - Fez & Bhalil & Ifrane

Dzień 7 & 8


Pierwsze wrażenie jest takie, że Fez jest OGROMNY! Miasto ma ponad milion mieszkańców, więc zostawia mój Kraków daleko w tyle. Drugie wrażenie jest takie, że NIGDY nie wiadomo gdzie się właściwie jest...i czy się być może już w tym miejscu nie było...

Kolejnego dnia na dokładkę długa droga na południe, aż do Mideltu... dalej już tylko piasek :-)




Fez



Medina Fezu jest niezmierzona. W pierwszym odruchu ogarnia Cię strach po przekroczeniu jednej z jej głównych bram - czy odnajdziesz drogę powrotną? Mapki są niespecjalnie pomocne, gdyż masz wrażenie, że niczym w krainie baśni, uliczki wiją się i kręcą jak chcą, a labirynt żyje własnym życiem nie dając Ci możliwości wyjścia. "Fałszywi przewodnicy" to zmora tego miasta - są ich setki, a każdy bardziej natarczywy czy wręcz agresywny. Potrzeba kilku chwil by się przyzwyczaić i uspokoić początkowe nerwy. Pierwsze nasze wejście do Mediny zakończyło się falą obelg od właśnie takiego "przewodnika" gdy staraliśmy się grzecznie odmówić jego usług.

Mimo to, Medina Fezu to jakby państwo w państwie - żadna inna nie fascynuje, zachwyca i przeraża tak bardzo jak właśnie tutaj. Zagubić się w niej to jedna z największych marokańskich przygód.


Biedny osiołek dźwiga tony skór dziennie - Fez słynie ze swych garbarni.


Nic się nie zmarnuje... do świeżego mięsa (tego mniej świeżego również) klientela zawsze się znajdzie. Że koty to ja rozumiem, ale nie jestem pewny, czy gęś zdaje sobie sprawę, że igra z ogniem...


Najpiękniejsza medersa w Maroku znajduje się właśnie tutaj - Bou Inania istnieje od połowy XIV wieku, a odnowiona w ostatnich latach zachwyca!


Restauracja Thami's to pyszny tajine, kefta tudzież soczewica. Niebo w gębie!


Jeśli zastanawiacie się gdzie lądują wszystkie śmieci generowane wewnątrz mediny - to powyżej odpowiedź. To jak zamiatanie brudów pod dywan. Ogromne wysypiska tulą się do murów starego miasta - tam, gdzie ich nie widać... gdzie tylko dzieci buszują w poszukiwaniu wyrzuconych skarbów.

Wędrując po medinie pośród ogólnie panującego hałasu wciąż słychać jedno słowo, powtarzane jak mantra... "Tannery?" . Wynajęci przez właścicieli garbarni naganiacze mają jedno zadanie - zaprowadzić Cię do sklepu pełnego wyrobów ze skóry. Tak - oczywiście przy okazji możesz popatrzeć z góry na proces farbowania skór (o ile jesteście w stanie wytrzymać falę smrodu unoszącego się w powietrzu). Widok iście fascynujący... ceny w sklepach mityczne.

Jeśli sądzisz, że Twoja praca jest ciężka, przemyśl to jeszcze raz. Mokra i śmierdząca robota... a już szczególnie nie dla miłośników zwierząt lub eko-aktywistów...

Warto choć na chwilę wdrapać się na pobliskie wzgórza - tam gdzie grobowce Merenidów (to nazwa oficjalna - w praktyce to taka góra kamieni i jedna wieżyczka) by spojrzeć na Fez w całej jego okazałości.

Wpatrzeni tak w miasto w oddali, nie zauważyliśmy małego chłopca, który ukradkiem podszedł do nas i stanął obok.

"Fez..." - mruknął, wpatrując się jak my...

"Un Dirham!" - dodał szybko, uznając, że spełnił swą rolę przewodnika.

 

Tak blisko, a tak daleko... z dala od zgiełku miasta, pasterz opiekuje się stadem owiec oraz kozią rodziną. Dla nas - chwila odpoczynku i relaksu po chaosie wielkiego miasta.

Na sam koniec nabraliśmy ochoty na zmianę klimatu, więc skierowaliśmy się w stronę dzielnicy żydowskiej - Mellah (zdaje się, że prawie każde miasto ma swoją...). Warto zobaczyć synagogę, gdyż skrywa takie skarby jak Tora ze skóry gazeli.



Żydowska dzielnica - Mellah ma własną architekturę i własny charakter - tak zasadniczo różny od mediny. Wyjątkowe są tu przede wszystkim drewniane balkony.

Bhalil

Niedaleko Fezu, w stronę Sefrou warto zajrzeć do wioski Bhalil, słynnej z domów troglodytów wydrążonych niczym jaskinie w skałach. Przy wjeździe do miasta zapewne będzie już na Was czekał przewodnik, więc żadna rezerwacja nie jest konieczna :-)

Obiecaliśmy... więc dla zainteresowanych podajemy dane osobowe przewodnika :-)

Mr. Mohammed Chraibi
B.P. 42
BHALIL  PAR FES, MOROCCO

Przytulnie jest... 

Pan przewodnik (licencjonowany - jest jeden taki w Bhalil) jest fantastycznym i dowcipnym człowiekiem. Jako mały bonus - na Waszych oczach pokaże jak parzyć i podawać prawdziwą marokańską herbatę.



Filia 5aSec w Bhalil... koniec końców przecież wielu Marokańczyków po francusku mówi całkiem nieźle...

Ifrane

Nasze Megane już mknęło na południe w stronę Sahary, a my chcieliśmy zdążyć przed nocą znaleźć miejsce do spania. Nie sposób było jednak przejechać obojętnie obok Ifrane. Proszę państwa - oto Szwajcaria pośrodku Maroka...

Lwa co prawda stworzyli Niemcy podczas drugiej wojny światowej, ale przesłanie jest szczytne. Pomnik przedstawia ostatnie zwierzę zabite w górach Atlas gdzieś w okolicach roku 1920. Szkoda lwów... a przecież w górach Atlas jest wystarczająco miejsca dla każdego...


Parę godzin później docieramy do Mideltu - spowitego kurzem miasta na skrzyżowaniu dróg. Stanowimy nie lada sensację dla mieszkańców - szczególnie Aga ze swoimi blond włosami. Nie udaje nam się wynegocjować ceny w hotelu Atlas gdy okazuje się, że za ciepłą wodę zapłacimy ekstra prawie tyle co za pokój... więc zostaje nam tylko jedna opcja, gdyż hotele w mieście są dwa! Śpimy w hotelu Bougafer, gdzie ucinamy sobie pogawędkę z poznanymi Marokańczykami - Samirem i Mohamedem.


Maroko - Meknes

Dzień 6

Jeden dzień w pełni wystarczy, by zobaczyć Meknes - mniejszego brata Fezu, którego sława przyćmiona jest nieco poprzez bliskość bardziej znanego sąsiada. Ciągle jest to jednak miasto królewskie, tętniące życiem i bardzo przyjazne przybyszom.


Meknes


Podczas gdy większość turystów kieruje się bezpośrednio w stronę Fezu, tutaj zaznaliśmy trochę spokoju i odpoczynku od natarczywych przewodników i sprzedawców tak powszechnych w Maroku. Stwarza to ogromne możliwości nieśpiesznego i dokładnego poznania miasta i jego zabytków bez pomocy osób trzecich. Przeogromny plac el-Hedim jest pełny niespodzianek oraz ciekawych osób - począwszy od artystów, poprzez przybyłych z dalekiego południa uzdrowicieli i szamanów aż po zaklinaczy węży. Tu też spędziliśmy większość czasu poza spacerem po krętej Medinie.


Każdy, absolutnie każdy zdaje się mieć jakieś zajęcie i profesję. Medina oraz mury starego miasta pełne są warsztatów rzemieślniczych oraz małych sklepów z rękodziełem.

Nareszcie miejsce, gdzie innowiercy mogą wejść... co więcej, fotografowanie jest mile widziane! Mauzoleum Moulay Ismail to miejsce spoczynku jednego z największych władców Maroka, który w XVII w. uczynił Meknes swoją stolicą.

Jeśli jest jedno muzeum, które warto odwiedzić w Maroku to polecam wybranie Dar Jamai w Meknes. Pracownicy ochrony z miłą chęcią zrobią miejsce w KAŻDEJ z sal muzeum - opłatę "nieoczekiwanie" uiszcza się przed samym wyjściem.

Ktoś mógłby pomyśleć, że manekiny na ścianach to Marokanki... stroje wspaniałe, ceny do negocjacji, choć te początkowe sprawiają wrażenie jakbyśmy byli co najmniej w salonie Armaniego. W piętnaście minut można je jednak zamienić na lumpeksowe. Po wizycie w Maroko, negocjacje biznesowe jawią się jak zabawy dla małych dzieci :-)

W Maroku negocjuje się ceny wszystkiego. O czym już wcześniej wspominałem - najłatwiej sprawa wygląda w hotelach. Sklepy to już inna para kaloszy, gdyż naprzeciwko siebie macie godnego przeciwnika. Nie jest to już znudzony, przysypiający recepcjonista, a wprawiony w bojach i świadom swoich umiejętności i wiedzy (oraz Waszej niewiedzy) sprzedawca. Większość towarów jest "bezcenna", a jej początkowa cena zależy od szybkiego rzucenia okiem specjalisty na Was, wasze ubranie, wygląd oraz grubość portfela. Zapytanie o cenę najczęściej oznacza wyrażenie chęci zakupu i tylko niektórzy są w stanie wycofać się rakiem z nieoczekiwanych negocjacji. Pierwsza cena, którą proponujecie w 99% styka się z obrazą sprzedawcy - zostaje wręcz wyśmiana, a sprzedawca sprawia wrażenie jakby wzrokiem chciał Was wyrzucić ze swojego sklepu. Szybki obrót na pięcie i krok w stronę wyjścia jest jednak jakby zaproszeniem do dalszej zabawy. Minuta po minucie cena topnieje, a pierwsza podana przez Was "śmieszna cena" nagle dzieli się przez dwa lub trzy...

Naszym ulubionym trickiem sprzedawców jest jednak problem z wydawaniem reszty. KAŻDY większy banknot jest świetną okazją do jego zastosowania, a co najgorsze - poza noszeniem w kieszeni wszystkich nominałów w niezliczonych ilościach - nie ma absolutnie żadnego sposobu by go uniknąć. "No change... my friend has change, he has a shop very close". Wizyta w sklepie "kolegi" najczęściej niemiłosiernie się przeciąga - podczas gdy sprzedawcy, popijając herbatkę, udają, że próbują się rozliczyć, biedny turysta chcąc nie chcąc zmuszony jest przeglądać oferowane towary.

Ostatnia rada... jakkolwiek, ktokolwiek będzie się zarzekał, że jego sklep jest jedyny, towar to rękodzieło i NIGDZIE nie znajdziemy takiego samego - wystarczy pójść przecznicę dalej i porównać ceny - tych samych dywanów, puf ze skóry "wielbłądziej" i innych skarbów.


Flaga powiewająca nad Medersą Bou Inania przypomina zagubionym w Medinie turystom gdzie się aktualnie znajdują...

Stajnie i spichlerz Heri es-Souani oraz przyległy park spełniają mniej więcej rolę krakowskich plant - taniej noclegowni dla mniej szczęśliwych mieszkańców Meknes.

Plac el-Hedim służy jako miejsce spotkań dla mieszkańców Meknes oraz przybyszów - najczęściej handlarzy z południa kraju czyli nie tak dalekiej już Sahary... Jest to również siedlisko hazardu - ulubioną grą jest zbiorowe nakładanie obręczy na butelkę Pepsi. Kto pierwszy ten lepszy, a ciepła od stania na słońcu przez pół dnia butelka należy do niego!

Podróż po Maroku to również wycieczka niezwykle ekonomiczna. Już za 30zł od osoby, można przebierać w ofertach licznych hoteli i hosteli. Niestety nie wszędzie można liczyć na toaletę, a papier toaletowy to luksus hoteli pięciogwiazdkowych...

Ciepła woda jest - bezapelacyjnie świadczy o tym ostrzegający kolor rur w łazience. Przy takich udogodnieniach - ogólna estetyka pomieszczenia schodzi raczej na drugi plan ;-)



Maroko - Volubilis & Moulay Idriss

Dzień 5

Powolna i przyjemna jest droga na południe, w stronę królewskich miast Fez oraz Meknes. Nie sposób jednak przejechać obojętnie obok Volubilis - wpisanego w 1997 rok przez UNESCO na listę światowego dziedzictwa kulturowego, z jego pięknymi mozaikami. Kusi również Moulay Idriss, choćby ze względu na fakt, że innowiercy mieli tu zakaz aż do połowy dwudziestego wieku...








Krajobraz zmienia się z godziny na godzinę, widoczne, w tylnej szybie naszego samochodu, morze znika ustępując wypiętrzającym się górom Atlas.


Skryte między górami Moulay Idriss, z dala od szumu wielkich miast i wielkiej turystyki. Wszechobecne osiołki to główny środek transportu w okolicy...

I znów osiołek, na przerwie... a dookoła prawdziwa marokańska wieś.

Szkoła podstawowa w Moulay Idriss... ciekaw jestem ile godzin lekcyjnych przeznaczonych jest na naukę o panującej dynastii, królu oraz jego dzieciństwie..



Volubilis

Kto i po co zbudował miasto w III wieku przed naszą erą w miejscu tak oddalonym od Italii? Volubilis zwiedziliśmy bez przewodnika, bo samą przyjemnością było odnajdywanie skarbów, które skrywa.


Oprócz licznych mozaik w Volubilis oraz wszechobecnych bocianów (więc to tutaj przylatują wszystkie boćki, wylatujące na zimę z Polski...) można ten odnaleźć takie skarby jak ten w prawym dolnym rogu... ;-)

Częste motywy zwierzęce... są i kaczki...




Moulay Idriss

Jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych w Maroku dla nas było również centrum kulinarnym :-) Główny plac miasta skusił nas zapachem świeżych ulicznych specjałów. Tajine był chyba najlepszy w całym Maroku a wyszukanego zestawu z grilla nie przebił żaden inny posiłek do końca naszej wycieczki. Szkoda tylko, że, jak zwykle, nie było nam dane wejść do miejsc kultu religijnego - tym razem do mauzoleum Moulay Idriss.


W prawym górnym rogu "wstęp wzbroniony dla nie muzułmanów". Na dole parking w centrum miasta... ten niezwykle ekonomiczny typ pojazdu o mocy jednego osła mechanicznego, nie tylko parkuje się sam, ale ma również wbudowany alarm i budzik :-)

Czym dłużej myślę nad opisem tego zdjęcia, tym bardziej cieknie mi ślinka... więc poprzestanę na tym co jest ;-)

środa, 29 stycznia 2014

Maroko - Tetouan & Chefchaouen

Dzień 4

Oryginalnie plan był inny... chcieliśmy zobaczyć Ceutę oraz Melillę - hiszpańskie enklawy w Maroku, ale nasza wypożyczalnia samochodów nie chciała współpracować, toteż pomysł upadł. Tym więcej czasu pozostało na biały jak wykrochmalone prześcieradło Tetouan oraz błękitny niczym morze Chefchaouen.




Tetouan


Tetouan jest przede wszystkim autentyczny, można tu uciec od turystów szturmujących wybrzeże, a jednocześnie wciąż nie wzbudzić sensacji u mieszkańców jak to może mieć miejsce na południu kraju. Będąc w Maroku ma się wrażenie, że Marokańczycy bez przerwy czymś handlują. Na ulicach Mediny dzień w dzień siedzi setki sprzedawców z tonami towarów - od warzyw, owoców, przypraw, po rękodzieło i chińskie dzieło też...


Praca wre, ale mikro przerwy należą się również sprzedawcom prasy w kiosku - tu chyba warcaby. Ciekawy jest fakt, że większość zakładów obsługowych jest otwartych na oścież - dla nas to świetna wiadomość, bo można przyjrzeć się z bliska.

Ruch jak to w Medinie, rozluźnia się w okolicach meczetów oraz licznych rozgałęzieniach labiryntu starego miasta. W lewym, górnym rogu okolice placu Hassana II.

Jedna z rezydencji króla Muhammada VI stoi na placu Hassana II (myślę, że jeśli jeszcze ktoś miał wątpliwości, to chyba już jasne, dlaczego właśnie te dwa imiona są najpopularniejszymi w Maroku). Nie wyróżnia się w zasadzie niczym szczególnym, choć pewne wrażenie robi ilość wojska oraz odległość na jaką nie powinno się do pałacu zbliżać. Rzecz jasna, jak każde inne, jest to wspaniałe miejsce na uliczny, a raczej w tym wypadku "placowy" handel. Tego dnia furorę robiły wszelkiego rodzaju ubrania..

 Plac Hassana II oraz pałac w odległości.. bezpiecznej:
video


Co pomijam na zdjęciach (jako, że z zasady raczej nie robimy zdjęć w takich miejscach) warto w Tetouan poświecić godzinkę na muzeum archeologiczne, w którym przechowywane są skarby z  Volubilis - najlepiej zachowanego rzymskiego stanowiska z Maroku.


Króla jest dużo i jest on wszędzie, spogląda z miłością na swoich poddanych, którzy w pocie czoła harują na dziesiątki jego pałaców rozsianych po całym kraju. Najważniejszy przecież jest wspólny cel społeczny! Osioł po prawej zna trasę na pamięć i idzie sam - to nazywamy pełną automatyzacją.




Droga z Tetouan do Chefchaouen to mój pierwszy mandat za prędkość w Maroku (były dwa..). Policja marokańska przemiła, mówiąca perfekcyjnym angielskim, dysponująca profesjonalnym sprzętem w postaci radaru i kamery. Koszt niewielki, a doświadczenie kulturowe jak znalazł!

Wbrew pozorom benzyna w Maroku jest bardzo tania...:
video


Rozumiem Maroko, jednak gdy podobna sytuacja przytrafiła nam się w Szwajcarii, gdzie kierowca w korku wysiadł i pchał sobie samochód by przyoszczędzić, ręce mi opadły...


Chefchaouen


Słusznie postrzegane jako jedno z najbardziej urokliwych (jeśli nie najbardziej) miast Maroka, Chefchaouen to wymarzone miejsce na wielogodzinny spacer oraz nastrojowy wieczór na jednym z placów miasta. Tak na prawdę będziecie żałować każdego zaułku, każdej uliczki, w którą nie wejdziecie albo nie zajrzycie. Atmosfery nie zniszczą nawet grupki turystów wychodzących z co drugiego zakrętu. Poniżej jedynie kilka przykładów:
Pierwsze wrażenie po zdjęciach? Niebiesko... i pusto! Ale spacer po Chefchaouen to niezapomniane przeżycie i autentyczna przyjemność dla oczu i duszy...

Każdy zaułek ciekawi i intryguje, każde drzwi aż proszą się żeby przekroczyć ich próg. Wszystkiemu przygląda się młode kocię z całkiem niezłej, ciepłej bo wyściełanej ubraniami miejscówki.

I gdzie byli rodzice...? Szczególnie, że ewidentnie widać, że po tej drodze jeżdżą samochody!

Wesołe jest życie staruszka... w Maroku w zasadzie się nie pije (znaczy pije się, ale może nie ewidentnie na ulicach), więc pozostaje siedzieć bezczynnie i obserwować turystów. Po prawej dziewczyny znęcają się nad kolegami każąc im skakać na skakance...

Feria barw wieczorem w Chefchaouen.
Zatem powoli oddalamy się od wybrzeża, a kilometr za kilometrem Maroko zmienia się, wreszcie ukazując nam szczyty gór Atlasu...

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Maroko - Tanger


Zachęcam do spędzenia całego dnia w Tangerze bo choć być może miasto nie jest tak ciekawe jak Fez czy Meknes, to ma swój niepowtarzalny klimat. Duża baza hoteli oraz znakomite jedzenie to jego kolejne atuty. Planujemy to koniecznie wrócić w przyszłości i nie możemy doczekać się kolejnego spotkania z szefem restauracji, w której zjedliśmy najwspanialszy posiłek w Maroku oraz z przemiłymi bezdomnymi grzejącymi się w murach naszego hotelu.


Tanger


Życie jak to w Maroku toczy się głównie w Medinie, nie tak wąskiej i pokręconej jak w pozostałych miastach Maroka ale równie urokliwej. Prawdziwą perłą jest Grand Socco, czyli plac przy głównym wejściu do Mediny. Warto usiąść tu na chwilę i poprzyglądać się codziennemu życiu mieszkańców. Już samo nagromadzenie zabytkowych budynków dookoła może przyprawić o zawrót głowy. Właśnie tutaj warto rozpocząć zwiedzanie miasta. Medina za to zaskakuje na każdym kroku, a zagubienie się w niej jest jednym z najprzyjemniejszych przeżyć odwiedzających Maroko (chyba, że mówimy o Fezie, ale o tym niedługo...).

Grand Socco okiem kamery:
video


Gran Teatro Cervantes robi wrażenie, choć szkoda, że popadł w taką ruinę. Bardzo żałowaliśmy, że nikt nie stworzył szansy przyjrzenia mu się z bliska oraz ze środka. Kalendarz po prawej stronie pokazuje dni targowe. Można tu przeczytać, że np. 7 dnia miesiąca sprzedaje się gołębie (które się potem zjada...).

Na Avenue Mohamed V znajduje się fantastyczna mała restauracja (a może raczej bar) serwujący świeże owoce morza - kalmary, ośmiornice, krewetki, langustynki oraz różne małe rybki. Bez wątpienia raj dla szukających kulinarnych wrażeń - a dla nas jedno z najwspanialszych przeżyć wycieczki do Maroka. Wybór jest przeogromny, a chęć spróbowania absolutnie każdego specjału nie do pohamowania. Sam właściciel zachęca do zapełnienia talerzy i bez wahania dorzuca każdą wskazaną przez Was rzecz zanim trafi ona na grill. Cena pozostaje bez zmian rzecz jasna :-)

Panie z pewnością rozprawiają o swoim królu, zastanawiając się, która z nich ma więcej jego zdjęć... po prawej pozostałości naszej uczty - tony owoców morza! Je się oczywiście rękami, rozrzucając pozostałości dookoła siebie - to jest dopiero prawdziwa przyjemność dla podniebienia :-) Na ucztę rzecz jasna patrzy król...


Uliczne jedzenie w niczym nie odstaje od lokalnych restauracji. Każdy Polak uwielbia grill, ale jakość grilla w Maroku zawstydza najwprawniejszych amatorów kiełbasek i karczków. Na straganach w całym mieście można zakupić świeże produkty z całego regionu. Na zdjęciu w prawym górnym rogu - salon piękności. Burka nie burka, ale męża warto w domu również zaskoczyć!


Jedna ulica, dwa kluby - co nie do pomyślenia w Hiszpanii, w Maroku uchodzi bez problemu :-) Marokańczycy kochają futbol oraz La Primera Division - może nawet bardziej niż sami Hiszpanie.

Kuriozum na skalę kraju jest Kościół Świętego Andrzeja niedaleko Grand Socco. Choć wnętrze mogłoby śmiało konkurować z meczetami muzułmańskimi, kościół jest wyznania anglikańskiego. Koniecznie warto zobaczyć, również z przylegającym do niego cmentarzem. Przywitał nas tutaj miły pan, który opowiedział o historii kościoła i pokazał wszystko czym moglibyśmy być zainteresowani oraz o wiele więcej (również w szczegółach to, czym nie byliśmy zainteresowani...).


Co robi Koran w kościele chrześcijańskim? Cóż... leży i nie przeszkadza. Okazuje się, że można być tolerancyjnym.

Po zwiedzeniu Tangeru, podjechaliśmy kilkanaście kilometrów na Cap Spartel - najdalej wysunięty na północny zachód skrawek Afryki. Oprócz pięknych widoków jednak - polecana grota Herkulesa okazała się zaśmieconą dziurą w ziemi, za wejście, do której, jeszcze trzeba płacić. Widok, który miał roztaczać się na morze poprzez skalną wyrwę o kształcie kontynentu Afrykańskiego z uporem maniaka obrzydzała plująca i śmiecąca gdzie popadnie grupa młodzieży. Strata czasu...


Ten piękny, prężący muskuły  Herkules to dość nowe malowidło - stawiam na wczesne lata 90-te. Można wybrać się na Cap Spartel tylko jeśli znudzi Wam się atmosfera Tangeru.

Tym wszystkim o słabych nerwach odradzam wieczorne spacery po nowej dzielnicy Tangeru, która jest wręcz pełna ludzi - na ulicach, chodnikach i w samochodach. Wszystko sprawia wrażenie pochodu, niczym niesławny Marsz Niepodległości w Warszawie ;-) Tanger sam w sobie nie wydał nam się niebezpieczny ale utknięcie w pochodzie trudno nazwać romantyczną przechadzką. Jazda samochodem po centrum miasta również wymaga pewnej wprawy oraz często posiadania oczu z tyłu głowy - albo choć trójki pasażerów, mogących obserwować wszystkie kierunki, których nie widzi kierowca. Parafrazując popularne hasło: "Uważaj, piesi są wszędzie".


W Maroku przyda się GPS, chyba, że będziecie w stanie szybko opanować tutejszy język w formie pisanej. Ani ładu ani składu jak dla mnie - choć wie, że to nie prawda.

Prawdziwa przygoda czekała na nas w hotelu. Skoro już o hotelach mowa to chciałbym napomknąć o cenach - tych hotelowych. Otóż każdy hotel ma ustalone odgórnie ceny za pokój za noc, które, jak się okazuję są cenami MAKSYMALNYMI. W praktyce śpicie za taką kwotę jaką jesteście w stanie wynegocjować - nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy ile można zaoszczędzić. Bardzo często udaję się spać za 30% ceny wyjściowej, a szef dorzuci jeszcze śniadanie i darmowy parking.

Wracając do przygody, nasz skromny hotel, pamiętający czasy powojenne, swój parking posiadał. Mieściło się w nim co najwyżej jednak jedno auto. Reszta tego garażu została przerobiona na tymczasowe (lub też nie) mieszkanie dla grupy bezdomnych. Przemili panowie zaoferowali opiekę nad samochodem, pomogli go również zaparkować - tak żeby nie najechać na modlitewny dywan, oraz żeby stanowił on osłonę przed zimnym wiatrem znad morza. Mieszkające wraz z bezdomnymi koty szybko zorientowały się, że maska samochodu to jednak bardzo ciepłe i przyjemne miejsce do spania.

Kolejną ciekawą rzeczą odnośnie Maroka jest fakt, że jak w Polsce, piłka nożna jest ulubionym sportem jego mieszkańców. Nasz hotel w praktyce nie posiadał nic (wyglądał raczej jak powojenny szpital psychiatryczny z monotonnymi korytarzami) ale telewizor i bar przy recepcji to absolutny mus. A na ekranie oczywiście mecz... ze sławną na cały świat i niezwykle emocjonującą ligą marokańską (w pozostałym czasie Marokańczycy oglądają z zapałem Real Madryt lub Barcelonę).


Parking, ochrona, golibroda, schronisko dla kotów, meczet... każdy dorabia jak może w baraku przynależącym do naszego hotelu. 


niedziela, 26 stycznia 2014

Maroko - Moulay Bousselham & Assilah

Dzień 2

Drugi dzień zaczęliśmy od spędzenia kilku godzin na łonie natury, następnie udaliśmy się przez ruiny Lixus (które z premedytacją pomijam, gdyż nie warto się rozwodzić...) oraz miasto Assilah na północ, by szukać noclegu w portowym mieście Tanger.






Moullay Bousselham

"Na wiosce" życie płynie spokojnie, więc nie obudziły nas klaksony samochodów ani tłok przechodniów. Słońce ledwo wstało, ale my musieliśmy się zbierać wcześnie rano na spotkanie z naszym przewodnikiem o imieniu... uwaga, uwaga... Hassan, a jakże. Hassan jest przewodnikiem po niebieskiej lagunie - parku narodowym Merdja Zerga, jak również pasjonatem ptaków i rybakiem (jeśli jeszcze znajduje na to czas). Zapowiadało się na prywatną wycieczkę, ale w ostatniej chwili dołączyła do nas para Francuzów, więc wypłynęliśmy w piątkę. Naszym głównym celem, wśród tysięcy migrujących tutaj ptaków były flamingi...

Życie płynie niebywale wolno w miasteczku Moulay Bousselham, jest czas i na pracę i na wypoczynek... Ptaków są dziesiątki tysięcy, co oznacza, że i na ilość ryb nikt nie powienien narzekać.


Hassan wypatruje Oystercatcher'ów. "Ałsterkaczer" zdaje się być ulubionym słowem naszego nowego kolegi ;-) Na drugim zdjęciu od dołu to na prawdę flamingi, i choć było ich bardzo dużo to nie dały się podejść za blisko. Piękne różowe ptaki zobaczyliśmy dopiero wieczorem w drodze do Tangeru ;-)


Park Merdja Zerga
video video



Wybrzeże Maroka to nie tylko ptaki, ludzie żyją i pracują wokół błękitnej laguny, a dzieciom nie straszna woda, błoto ani hordy ptaków...



Oryginalne SPA stóp zaproponowane przez Hassana na koniec wycieczki - tego nie powstydziłaby się sama Irena Eris!

Pomimo faktu, że zabrakło różowych flamingów, wyprawa łódką po błękitnej lagunie była wspaniałą przygodą, którym polecam każdemu - nie tylko tym, którzy interesują się ptakami. Agnieszka zapewne zna ich więcej rodzajów, ale ja rozróżniam jedynie podstawowe - wróbel, gołąb, flaming... mimo to, bawiłem się świetnie :-)

Przypomina mi się taka sytuacja - krakowskie ZOO, wiosna 2012, mama mówi do syna "Patrz kochanie, a tutaj są flemingi" ... Ian'y...



Assilah

Nasz pierwszy Tajin - uczta dla podniebienia miała miejsce właśnie w mieście Assilah. Samo miasteczko wydaje się być dość.. sterylne, ze względu na szeroko zakrojone prace renowacyjne mediny oraz murów obronnych pozostałych po Portugalczykach. Ma jednak ono swój klimat, a dzięki licznym artystom - urzeka muralami z fantazyjnymi wzorami.

Mniam... kuchnia marokańska jest genialna, mocno przyprawiona i przesiąknięta aromatami. Oliwki, każdorazowo podawane przed jedzeniem, stymulują kubki smakowe.



Pomimo tego, że w samym mieście jest pusto, warto zrobić sobie spacer wśród, na każdym kroku, zaskakujących malowideł.



Jest i dzika Afryka...