piątek, 28 lutego 2014

Meksyk - Tulum & Playa del Carmen

Dzień 14 & 15





Z żalem wracamy do Quintana Roo i mijamy Gwatemalę, którą obiecujemy sobie jednego dnia odwiedzić. Przed nami chyba najbardziej oklepany i na wskroś turystyczny obszar Jukatanu, a może i nawet całego Meksyku. Czas na krótki odpoczynek na plaży...


Nie straszny piach i pył... nasz samochód i tak specjalnie nie ma spryskiwaczy, a droga i tak jest prosta...

Tulum


Po drodze zahaczamy o Tulum i właściwie ten komentarz wystarczyłby jako opis tego wydarzenia ;-)

Jedno z najważniejszych miejsc na trasie każdej amerykańskiej wycieczki (zgodnie wyruszających z Zona Hotelera w Cancun) to... nic specjalnego. Owszem, ocean jest piękny, a widok ruin Majów na jego tle to pocztówka marzeń, ale nie ma jak wykonać tego zdjęcia, gdyż Tulum pęka w szwach. Turystów są tutaj tysiące i po kilkunastu minutach chce się uciec jak najdalej stąd...


Proszę... oto pocztówka :-) W Tulum nie ma nic więcej oprócz wielkich głazów i masy kamieni rozrzuconych na idealnie skoszonym trawniku po którym chodzi się jedynie idealnie wytyczonymi alejkami...


Playa del Carmen


Rozczarowanie Tulum daje nam więcej czasu na wypoczynek. Zaszywamy się z dala od ludzkich osad w bungalowach przy samej plaży nieopodal kolejnego "raju dla turystów" Playa del Carmen. Nie mamy tu bieżącej wody, prądu, szafki... nawet stołeczka ale jest łóżko z moskitierą oraz święty spokój :-) Naszymi jedynymi towarzyszami znów są iguany...



Pusto, pusto! Wszystkich ludzi gdzieś wywiało. Jestem tylko ja, Aga, woda... i iguany.

A... i piwo Sol :-)

Iguany bardzo chętnie pozują do zdjęć. Tutaj sesja zdjęciowa, której nie powstydziłaby się światowej klasy modelka.

Nasza plaża w Playa del Carmen - tym razem rano.
 
Meksykański McTacos ;-) Fast food okazuje się niespodziewanie smakowitym kąskiem i srogo żałujemy, że nie będziemy mieli już okazji powtórzyć tej uczty... może i wszystko sztuczne, ale jakie dobre :-)

Miło było ale się skończyło. Od teraz podróżujemy na nogach... Do tej pory nie wiem jakim cudem udało się oddać samochód tak czysty i błyszczący...

czwartek, 27 lutego 2014

Meksyk - Calakmul

Dzień 12 & 13





Prawie 400 kilometrów trzeba było pokonać, by wrócić do stanu Campeche i dojechać do miasteczka Xpuhil obok, którego znajdował się upatrzony przez nas wcześniej hostel. Było to mniej więcej 399 kilometrów prostej drogi i zaledwie kilka nieznacznych zakrętów...



Pokręcone wyczucie bezpieczeństwa oraz przepisów. Mama i tata kaski mają, ale dziecko wiezione na kolanie, które do tego w każdej chwili może spaść - już nie...

Kara 5000 dolarów albo więzienia za wyrzucanie śmieci - przydała by się taka również w Polsce, szczególnie w lasach oraz podmiejskich łąkach...



!?!?!?! Jesteśmy oficjalnie zaintrygowani...

Xpuhil wspominamy szczególnie miło. Samo miasto to co prawda kilka domów na krzyż oraz parę sklepów, natomiast tutejsza gastronomia osiągnęła wyżyny. Pyszczą kolację (tacos z mięsem) przygotowuje nam cała rodzina w małym barze przy głównej drodze. Mama smaży, tata przygotowuje sałatkę, a dzieci mieszają i podają do stołu. Tacos są wyborne...!

Następnego dnia wieczorem przyjeżdżamy wcześniej i czekamy na otwarcie jako pierwsi klienci. Witani jesteśmy szerokim uśmiechem :-)


Gdyby była jakaś nazwa albo szyld, to o tej knajpce wiedziałby już cały internetowy świat!

Nasz hostel nazywa się, dość nieskromnie, Rio Bec Dreams i jest to miejsce dość specyficzne. Domki oraz pole kempingowe położone są przy samej dżungli, więc pojawia się wieczorem dreszczyk emocji - szczególnie, że łazienki są na zewnątrz... Z oddali (z bliska też) słychać jest odgłosy, czy to ptaków, czy gadów... a może nawet jaguarów. Jeśli sądzicie, że przesadzam to nadmieniam, że piesek właścicieli został pogryziony przez jaguarundi (taki mały kot, mi przypomina skrzyżowanie jaguara z tchórzofretką...).

Tyle jeśli chodzi o pozytywną stronę naszego pobytu tutaj. Niestety właściciele są niespecjalnie mili i sprawiają wrażenie jakby goście troszkę im przeszkadzali. Nie podoba nam się też zamknięta cały dzień w klatce papuga... :(



Domki są przeurocze... na tarasie siedziałoby się bardzo przyjemnie, jednak moskity nie dają żyć. Aga wypatruje ze środka czy jeszcze nie dopadł mnie jaguar.

Calakmul


Kolejne miasto Majów na naszej drodze (choć powoli zaczynamy już przejawiać symptomy znudzenia) okazuje się fantastyczną przygodą. Calakmul zajmujące nieprawdopodobnie wielki obszar (łącznie 72 kilometry kwadratowe - oczywiście zwiedza się cześć) jest właściwie puste. Na parkingu, na które przyjeżdżamy rano są 2 samochody, a w ciągu dnia liczba ta nie przewyższa 10! Jest to też jedyne miejsce, gdzie intencjonalnie zdecydowano się w większości pozwolić działać siłom przyrody. Nie ma więc równo skoszonej trawy, nie ma straganów, sprzedawców (wody również nie ma, więc proponuję zabrać ze sobą). W zamian za to często chodzi się między drzewami dżungli i wyszukuje kolejne piramidy niczym głęboko schowane przed ludzkim wzrokiem skarby.

Wokół słychać jest ciągłe wycie i choć z początku myślimy, że to jaguar (od dawna nam ten jaguar chodzi po głowie...) to są to całe stada wyjców - jeszcze więcej niż w Palenque. Raz po raz patrzymy w górę i mocno wytężamy wzrok na dźwięk trzaskających gałęzi. Równie często dostajemy gałązkami po głowie... z premedytacją!



Wstyd przyznać, ale pomyliliśmy odgłosy wydawane przez wyjce z rykiem jaguara...


Takie rzeczy nie tylko w zoo...:



Drzewa wyrastające pośród lub nawet z wnętrza struktur nie są tutaj niczym niezwykłym. Dodaje to Calakmul tej autentyczności, której brakuje w bardziej turystycznych miejscach.

Centralna część miasta jest najlepiej uporządkowana. W Calakmul łatwo się zgubić i dość trudno odgadnąć gdzie właściwie się jest w danej chwili...


Jednak absolutnym cudem świata są widoki, które wyłaniają się gdy uda się już wdrapać na szczyty piramid. Jeśli się dobrze rozejrzeć, to można dostrzec nieodsłonięte jeszcze części Calakmul, które w tak krótkim czasie przyroda wyrwała człowiekowi... tylko popatrzcie...


Poznajecie? To zdjęcie towarzyszy blogowi oraz początku naszej wycieczki do Meksyku!

Nie Chichen Itza, nie Uxmal, nie Palenque... z pewnością nie mierne Tulum... to Calakmul robi największe wrażenie na Jukatanie. Może i dobrze, że jest tak trudno dostępne, bo w najbliższym czasie nadmierna komercjalizacja mu nie grozi :-)

Meksyk - Palenque

Dzień 11


Tym razem nie będzie żadnej mapki, gdyż cały dzień spędziliśmy w Palenque. Wystarczy jeśli powiem, że jest to skarb narodowy Meksyku oraz największa atrakcja w stanie Chiapas. Ulokowane pośród dżungli miasto Majów rozciąga się na fascynującym obszarze 15 kilometrów kwadratowych, ale jedynie część została "odkopana" i można ją podziwiać. Jest duszno, jest gorąco i wilgotno, a widoki zapierają dech w piersiach. Nieważne czy patrzycie w górę na szczyty wspaniałych piramid, czy po wspinaczce ogarniacie wzrokiem całe fantastyczne miasto. Jest tu jak w bajce...

Zostawiam Was tym razem jedynie ze zdjęciami...
 

Choć główna część kompleksu to znów pole golfowe, w przeciwieństwie do Chichen Itza można się tu poczuć jak w dżungli. Fascynujące jest odkrywanie Palenque na własną rękę oraz szukanie coraz to nowych budynków poznając ich zastosowanie poprzez szereg opisów dostępnych po angielsku.

Templo de la Cruz, największa i najbardziej proporcjonalna piramida w Palenque.

Widoki sprawiają wrażenie Disneyowskiej animacji, a nie kamiennej kreacji człowieka.

Palenque to nie tylko ruiny miasta Majów - to również zoo na otwartym powietrzu. Tego przystojniaka już znacie, natomiast miejsce zwiedzacie również w towarzystwie małp - wyjców.
 
Mała pamiątka :-)

Nie ma to jak piknik na świeżym powietrzu.

Palenque leży na obszarze Parque Nacional Palenque, więc pomiędzy strukturami Majów należy się przygotować na takie wspaniałe widoki oraz długie spacery.

Piramidy kuszą... więc wracamy w to samo miejsce po kilka razy żeby upewnić się, że niczego nie opuściliśmy...

Dzika przyroda - tak łatwo nie zauważyć ile piękna jest wśród nas. Wystarczy mieć oczy i uszy otwarte, a każda wycieczka może dostarczyć bardzo wielu niespodzianek.

Jedno z niewiele muzeum, które uznaliśmy, że warto zobaczyć w Meksyku - na zdjęciu Museo de Sitio oraz zbiory rzeczy odnalezionych w ruinach Palenque. Ciekaw jestem o ile powiększą się zbiory za... powiedzmy 20 lat.

niedziela, 23 lutego 2014

Meksyk - Agua Azul & Misol-Ha

Dzień 10




Ya Basta! czyli już dość! to hasło ruchu Zapatystów, na których tereny wjeżdżamy po opuszczeniu San Cristobal de las Casas. Grupa, która wywołała kilkanaście lat temu powstanie w stanie Chiapas określa się mianem antyliberalnej oraz antyglobalistycznej, a przyświecającym jej celem jest ochrona rdzennej ludności stanu.

Ślady działalności Zapatystów widać na każdym kilometrze trasy w stronę Palenque - jest tu między innymi mnóstwo obrazków na ścianach domów oraz tablic informacyjnych. Zapatyści wreszcie zdają się posiadać kontrolę nad kilkoma szkołami.

W stosunku do turystów jednak żadnej wrogości nie odczuwamy. Kierujemy się więc na północ w stronę wodospadów Agua Azul.


Ziemie odzyskane... [...] Zapata żyje! Walka trwa!

"Podkomendant Pedro broni godności oraz ducha Majów [...]"... grunt to dobry PR, szczególnie wśród młodzieży, z których pewnie już większość wie, że będzie kontynuować walkę...

W stanie Chiapas brakuje widoków na przyszłość i dostatnie życie...

Agua Azul


Wodospady Agua Azul to przede wszystkim bardzo przyjemny spacer, który daje możliwość obejrzenia tego cudu ze wszystkich możliwych stron. Samych pojedynczych uskoków wodnych jest tutaj około pięciuset - podejrzewam, że każdego dnia niektóre zanikają, a pojawiają się nowe na skutek nieposkromionej siły natury. Spotykamy tu bardzo dużo Majów, którzy korzystają z czystej, choć lodowatej wody. Sam zbyt długo w niej nie wytrzymuje, szczególnie, że nagle psuje się pogoda, a z nieba spada rzęsisty deszcz...


Warto spędzić parę dni w San Cristobal lub Palenque, żeby załapać się na piękny, słoneczny dzień w Agua Azul. Wyjątkowy odcień wody zachęca do kąpieli!


Niektórzy zdają się być bardziej gruboskórni, a może nawet zmiennocieplni ;-) Aga do nich nie należy, gdyż ani razu nie daje nura do rzeki... ja próbuję, ale z marnym skutkiem ;-)

Zdecydowanie wystarcza nam dziś "sucha" wycieczka.

Nie chcieli wskoczyć do wody, więc woda sama pofatygowała się do nas...  Ulewa więzi nas w pobliskich barach i restauracyjkach gdzie kryjemy się przed deszczem - biegnąc od jednego do drugiego.



Misol-Ha


Gdy wreszcie deszcz ustaje, udaje nam się dostać do samochodu (który chyba pierwszy raz od początku wycieczki wreszcie wydaje się całkiem czysty...). Po drodze do wodospadu Misol-Ha zabieramy turystki z Niderlandów. Podziwiam odwagę dziewczyn, które nie boją się jechać na tylnym siedzeniu rakiety, gdzie musi huczeć jeszcze bardziej. Specjalnie dodaję gazu do dechy (na tyle ile to możliwe w automacie) żeby zademonstrować możliwości naszego Aveo ale szybko się opamiętuję, gdyż hałas uniemożliwia jakąkolwiek rozmowę...

Na terytorium wodospadu Misol-Ha wjechać można po uiszczeniu zapłaty 10 pesos, czytamy w przewodniku. Płacimy więc przy pierwszej bramce, po to tylko by kilometr dalej... dojechać do drugiej! Okazuje się, że prawo do parku narodowego oraz atrakcji jaką jest wodospad roszczą sobie zarówno władze jak i ruch zapatystów. Logiczne jest więc, że opłaty są dwie... ;-)

Wspaniałomyślnie cena biletu nałożonego przez władze obniżona jest o 10 pesos, które na swoje potrzeby pobierają Zapatyści. Władze jednocześnie przepraszają za trudności związane z poprzednią bramką opłat...

W restauracji Misol Ha poprosiłem kelnera o najostrzejsze danie, które ku jego ogromnemu zadowoleniu (a może raczej ciekawości) zjadłem w całości... i to był ostatni raz...

Misol-Ha ma pomiędzy 25-30 metrów wysokości. Woda spada tutaj z nieprawdopodobną siłą...

Wejście do jaskini za wodospadem jest dodatkowo płatne - również ze względu na zamieszkujące to miejsce kolonie nietoperzy.

Agi fascynacja kwiatami. O tym czy udało się jej wyhodować niektóre z widocznych tu roślin w naszym własnym ogródku w Polsce na blogu: wolniej.blogspot.com

Po całym dniu spędzonym na łonie natury, zmęczeni ale jednocześnie wypoczęci duchem dojeżdżamy do Palenque, gdzie spędzamy noc w niewartym wspomnienia hostelu z przemakającym sufitem ;-)

Meksyk - San Juan Chamula & San Cristobal de las Casas

Dzień 8 & 9



Wraz z nowym dniem przydałoby się nam (a przynajmniej kierowcy) parę Red Bulli, bo czekało nas prawie 650 kilometrów jazdy. Celem było przejechanie całego stanu Campeche oraz Tabasco i dotarcie do Chiapas - najbardziej na południe wysuniętego stanu w Meksyku - gdzie spośród 4,5 miliona mieszkańców potomkowie aż jednej czwartej "mieszkali tu od zawsze", a język i wierzenia nie zmieniły się zbytnio od stuleci...


Stan Tabasco zachwyca zielenią... jednak nie pojawiła się ona tutaj ot tak. Niestety ogromne połacie terenu zalewane są tu przez powodzie (w 2007 roku zalanych zostało 80% pól)

Jadąc tak już od wielu godzin, chcąc jak najszybciej dojechać do celu (a przynajmniej przed zapadnięciem zmroku) przegapiliśmy ostatnią stację benzynową i gdy wskaźnik baku zaczął wściekle mrugać ogarnęła nas lekka panika. Szczególnie, że wjechaliśmy już głęboko w górzyste tereny, a od najbliższego miasta San Cristobal de las Casas - naszego celu, dzieliło nas ciągle prawie 100 kilometrów. Był to pierwszy raz w życiu kiedy ropę kupowaliśmy w prywatnym domu od jednej gospodyni, która przezornie, węsząc dobry interes, zawiesiła na ścianie swojego domu wielki napis "Diesel" :-)


Przydrożna kapliczka ulokowana jest bezpośrednio pod wodospadem. Plusem jest łatwość z jaką można utrzymać ją w czystości, minusem wilgotność i w związku z tym żywotność świeczek...

Popełniamy duży błąd - jeszcze będąc w Polsce rezerwujemy hostel w, jak się okazuje, najbardziej turystycznej dzielnicy miasta (a raczej na najbardziej turystycznej ulicy miasta). Dlatego też pierwsze wrażenie odnośnie San Cristobal de las Casas jest bardzo złe... choć ulegnie zmianie następnego dnia :-) W hostelu zresztą nie wytrzymujemy dłużej niż jedną noc. Młodzi właściciele urządzają nocną imprezę i sen graniczy z cudem...

Niezła kolacja w restauracji w San Cristobal de las Casas. Oczywiście z moim ulubionym od drugiego dnia w Meksyku piwem Sol!


Po lewej stronie główna, turystyczna ulica miasta, sklepy, sklepy, sklepy oraz mnóstwo Amerykanów i Hiszpanów starających się odnaleźć w Chiapas swoją duszę artysty... wypierając przy okazji rdzennych mieszkańców, niczym konkwista.


San Juan Chamula


Z samego rana wstajemy (po nieprzespanej nocy) i udajemy się w stronę Mercado Municipal, który już teraz tętni życiem, a setki ludzi sprzedaje i kupuje wszystko czego dusza zapragnie. Kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się bowiem przystanek busów do odległej o 10km stąd wioski San Juan Chamula, zamieszkałej przez lud Tzotzilów (podgrupa Majów).

W busie zaprzyjaźniam się bez słów z pewną miła Panią, która karmi swoje dziecko, młodego chłopca orzeszkami ziemnymi, a łupinki z nich lądują raz po raz na mojej bluzie i spodniach - z miłym uśmiechem wkłada mi kilka do ręki :-)

San Juan Chamula odwiedzać można, natomiast istnieje kategoryczny zakaz zdjęć w kościele Templo de San Juan oraz podczas obrządków religijnych. Tubylcy twierdzą bowiem, że zdjęcia kradną ich dusze... Chowamy więc aparat wchodząc do kościoła. W internecie zdjęć można niestety odnaleźć mnóstwo. Nie są wyjątkiem turyści próbujący z ukrycia kręcić to co oglądać mogą dzięki gościnności Tzotzilów. Szkoda...

Templo de San Juan to miejsce niezwykłe - skrzyżowanie kultury i wierzeń chrześcijańskich z pre-hiszpańskimi wierzeniami tubylczej ludności. Efekt jest oszałamiający!

We wnętrzu świątyni uwagę przykuwa sianko zastępujące posadzkę. Sprawia ono, jak również setki świeczek, że jest dość ciepło. Swoją drogę ciekawiło mnie jak to możliwe, że to wszystko jeszcze nie spłonęło ;-). Kościół jest pełny ludzi, którzy całymi rodzinami siedzą przed ołtarzem oraz po bokach świątyni modląc się i święcąc przyniesione potrawy oraz napoje. Głównie... Coca-Colę! (napój uzdrawiający. W tle grupa mężczyzn śpiewa żałobne pieśni, a my czujemy się jakbyśmy powoli zapadali w pewien rodzaj transu. Modlitwy otaczających nas ludzi brzmią jak zaklęcia, inkantacje... Z transu wybudza nas dopiero gdakanie kury, którą przyniósł ze sobą mężczyzna siedzący obok nas. Czas iść...


Idąc sobie spokojnie ulicą San Juan Chamula, jedząc kupione wcześniej tortille, zostałem podstępnie zaatakowany, a następnie z tychże tortilli ograbiony przez trzy wygłodniałe osobniki rasy mieszanej.

San Juan Chamula to niezwykle religijne miejsce. Mieszkańcy są tutaj nieufni i nie należy afiszować się z aparatem i robić zbyt wielu zdjęć gdzie popadnie.

Posiłek na głównym placu przed kościołem, wspólne oczekiwanie na autobusy jadące do San Cristobal de las Casas - do pracy, szkoły, na zakupy, na handel...

Dzieci na całym świecie to chyba najbardziej wzruszający i piękny widok :-)


San Cristobal de las Casas 


Powrót do San Cristobal odkrywa przed nami zupełnie inny obraz miasta, które rozczarowało nas poprzedniego wieczoru. Przemierzamy je wzdłuż i wszerz, od wzgórza, do wzgórza (na obu znajdują się kościoły, z których rozciąga się piękny widok). Naszą uwagę zwraca fakt, że jest tutaj mnóstwo dzieci, zarówno biegających samemu, jak i pod opieką matek i rodzeństwa. Do bardzo częstych należy widok maleńkiego dziecka niesionego w chuście. Napawa nas to nadzieją, że gdy dorosną - wciąż będzie ich więcej od osiedlających się tutaj przybyszów z Europy :-)


Centrum kulturalne i biznesowe stanu Chiapas jest pełne ludzi od rana do wieczora.

Grupa kobiet nie opuszcza swoich najmłodszych dzieci podczas codziennych czynności - np. zakupów. Dzieci z kim zostawić nie ma, więc najlepiej nosić je przy sobie.

Iglesia de Guadalupe na wzgórzu o tej samej nazwie, niecały kilometr od centrum. Nie warto wybierać się tutaj bezpośrednio po obiedzie - do kościoła (który okazał się zamknięty...) prowadzi z grubsza kilkaset schodów (może mniej, ale czuć jakby było ich kilkaset...)

Ten przystojniak jest stróżem wzgórza i lustruje czujnym okiem (i nosem...) wszystkich przybyszów w poszukiwaniu kontrabandy (czyt. czegoś do jedzenia), którą bezwzględnie należy skonfiskować.

Iglesia de San Cristobal. Ogólnie to w San Cristobal trzeba się trochę nachodzić żeby coś zobaczyć...

Po nakarmieniu wszystkich psów w mieście i na jego obrzeżach, czas na nas!

Mam takie wrażenie patrząc na te zdjęcia, że mieszkańcy San Cristobal cały czas coś ze sobą noszą - tak jakby mieli przy sobie cały ich dobytek.

Handel jest głównym środkiem utrzymania. Mieszkańcy okolicznych wiosek przybywają do San Cristobal, gdzie sprzedają swoje wyroby turystom.

"Ja wiem, że tam są ukryte cukierki, ale ja wcale ich nie wyciągam... sprawdzam tylko czy nikt ich nie zabrał... kurde pokleiły mi się łapy od cukierków... dobra! Złapaliście mnie!"