czwartek, 10 kwietnia 2014

Rumunia - Săpânța

Dzień 11




Czy napisałem wcześniej, że podczas naszej wycieczki po Rumunii padało tylko raz? Muszę się poprawić... dwa razy! Drugi dzień w Maramuresz powitał nas spowitym rzewnym płaczem niebem i starał się jak mógł by uprzykrzyć nam pobyt. Do tego stopnia, że musieliśmy zatrzymać się pod krzyżem wędrowców w Berbesti, by "pomodlić się" o ładną pogodę... bezskutecznie.



Nic nie pomaga na ulewy...

Cali mokrzy, ale wciąż szcześliwi odwiedziliśmy zatem trzy kolejne drewniane cerkwie w Desesti, Surdesti oraz mniej znaną w Plopis. Były one wszystkie niezwykle kolorowe i pogodne - dużo bardziej niż poprzedniego dnia (a może to kwestia perspektywy ze względu na deszcz i ciemne niebo). Drewniany kościół w Surdesti, jak wyczytaliśmy okazał się... najwyższym drewnianym budynkiem na świecie! Co prawda w Săpânța znajduje się jeszcze wyższy, ale za to oszukany, gdyż wybudowany na kamiennych fundamentach. Nie będę w szczegółach opisywał wszystkich cerkwi, bo przestaniecie czytać tego bloga. Zachęcam do oglądnięcia zdjęć!



Kościół w Desesti - pięknie wymalowany i zadbany... z ogromną ilością ręcznie robionych szczegółów i dodatków.

Ciężka praca od rana do nocy, deszcz czy nie deszcz - to codziennie życie mieszkańców regionu.

Sięgający niebios kościół w Surdesti.

Co robi Helios, bóg słońca w kościele...?

Najbardziej sielankowy pejzaż czekał na nas w Plopis...

Jest i dzwono - deska ;-)


Grunt to się dobrze schować!

W drodze powrotnej przejechaliśmy przez Lapus, wieś znaną ze swoich malowanych na niebiesko domów. Zobaczyliśmy jedynie kilka (niebieski się znudził?) ale wciąż było warto.




Wzrok tej Pani zabija ;-) Czas się ewakuować!

Jeszcze zanim wybraliśmy się na wesoły cmentarz w Săpâncie, dojechaliśmy do Sighetu Marmatiei, przejścia granicznego z Ukrainą. Jako, że następnego dnia czekał nas przejazd przez granicę chcieliśmy... wybadać teren. W całym mieście nie mogliśmy znaleźć żadnego drogowskazu na przejście graniczne choć jasno widać było, że jesteśmy blisko ze względu na zatrzęsienie kantorów wymiany walut. Kiedy nam się to w końcu udało, zawróciliśmy szybko widząc uzbrojonych strażników w oddali. Uznaliśmy, że zawrócenie przed samą granicą mogłoby być dość podejrzane ;-)

W zamian za to udaliśmy się do restauracji na pizzę (jako, że pozostałe dania były... dość dziwne oraz nienaturalnie drogie). Jednym z dań w karcie okazał się Kotlet po krakowsku. Sami oceńcie po składnikach czy słyszeliście kiedyś o czymś podobnym...




Săpânța


Săpânța była ostatnim przystankiem naszej podróży. Deszcz ciągle lał się strumieniami, wraz ze łzami kobiet w czerni wracających ze stypy w liczbie kilkudziesięciu. Czekaliśmy w samochodzie ponad pół godziny zanim zdecydowaliśmy się wysiąść, mając nadzieję, że nie zamkną nam przed samym nosem cmentarnych wrót.

To tutaj lokalny artysta Stan Petras stworzył miejsce, które szybko stało się słynne w całej Europie. Podziwiając drewniane krzyże z wymalowanymi profesjami i życiem zmarłych mogliśmy jedynie zazdrościć Rumunom, którzy byli do tego w stanie odczytać podpisy, które same w sobie również zawierać mają zabawne historie. Również w tym przypadku zostawiam Was ze zdjęciami - szybko zrozumienie jak ktoś może zachwycić się tym miejscem.




Hehe... nawet nie będę zgadywać kim za życia była ta kobieta...

Mistrz przy pracy

Tego cmentarza pilnuję ja!

Desperate Housewives...