niedziela, 13 lipca 2014

Sycylia - Cefalù & Le Madonie czyli... nasza pierwsza passeggiata!

Sielskie życie na północnym wybrzeżu Sycylii. Okolice Cefalu oparły się nowoczesnym trendom i budowaniu na potęgę betonowych mostów oraz budynków. Czego można chcieć więcej niż pusta plaża i lekko wdzierające się w nią morskie fale...?

Porta di Castro w Palermo wita nas przyjemnym i przyjaznym śniadaniem w uroczej, małej salce, gdzie właściciele własnoręcznie przyrządzają dla nas tosty. I choć włoskie śniadania generalnie można podzielić na słodkie, słodsze i najsłodsze - to turysta nie musi się absolutnie obawiać przesłodzenia i popsucia zębów (odsyłam Was tutaj do moich postów o Maroku...). Obfitość śniadań zaskakuje i pozwala się w pełni przygotować na kolejny, pełen wrażeń dzień.

Dodatkowo... czy jest coś wspanialszego od tacy świeżych owoców na dobry początek dnia...? No... chyba tylko dobra kawa, a tej na Sycylii braknąć nie może.


Trzy godziny jazdy rozkładamy sobie na cały dzień, więc unikam narzekań Agi odnośnie spędzania zbyt długiego czasu w samochodzie ;-) Z Palermo kierujemy się wzdłuż wybrzeża do Cefalù by następnie dać ponieść się morskiej bryzie na południe, w góry Le Madonie.


 Cefalù, zwane miastem Normanów, zachwyca Agę od samego początku. Być może ze względu na tą swoją autentyczność rybackiej wioski, być może na dużo mniejszą liczbę turystów, a być może ze względu na ilość okazji jakie mamy by obserwować codzienne życie Sycylijczyków. Wreszcie, biorąc głęboki oddech czujemy się prawdziwie na wakacjach, a morze, cichutko szumiące w oddali, rozleniwia nas obiecując relaks i odpoczynek.


Świeżo złowione podczas nocnych i porannych połowów ryby warte są każdej ceny. Czerwone taczki to chyba solidniejszy dowód świeżości i autentyczności niż niejeden certyfikat :-)


Budowę katedry rozpoczął król Sycylii Roger II, uratowawszy się ze sztormu na plaży nieopodal Cefalù. Monumentalny budynek rozpycha się w samym centrum miasta i tworzy fantastyczny klimat.

"Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia" - wnętrza katedry w Cefalù pilnuje ogromna mozaika Chrystusa Pantokratora.







Z braku ogródków ulice toną w donicach pełnych kwiatów i małych krzewów. To też wydaje się być dobrym sposobem by upewnić się, że nikt nie będzie próbował parkować w centrum miasta...


... nie zapominajmy jednak, że to Włochy, więc każde zabezpieczenie daje się bez problemu obejść. Ważne, żeby zaparkować, przejazd dla innych aut nie jest już specjalnie istotny ;-)

Jako, że na Sycylii jesteśmy w połowie maja, to słońce i morze nie współpracują ze sobą jeszcze na tyle intensywnie by można było liczyć na jakieś efekty. Woda jest zimna, więc i ilość śmiałków z ręcznikami i piłkami plażowymi jest dość ograniczona. Próbuję zgrywać bohatera... moje liczne próby kąpieli kończą się jednak, jak do tej pory, niepowetowaną klęską.


Gdzie ta plaża...?

A jest! :-) Niczym brama do wielkiego świata, ukrytego za tysiącami mil morskich Morza Śródziemnego...

Coś dla chłopca i coś dla dziewczynki. Najwyraźniej dziewczynki wolą kwiatki oraz kotki, a chłopcy statki oraz... jamniki ;-)

Wizytę w Cefalù kończy oczywiście obiad... typowo włoski bo raczymy się makaronami. Aromatyczne Spaghetti Cozze e Vongole to nic innego jak makaron z małżami, pietruszką oraz sporą ilością pysznej włoskiej oliwy z oliwek. W Spaghetti alla Norma, daniu typowo sycylijskim, mistrzem ceremonii jest bakłażan. Mniam... nie mamy siły nigdzie iść ani jechać dalej...


W Cefalù zamawiamy to, co zamówić w takim miejscu należy, czyli owoce morza :-)


Na lazurową wodą Morza Śródziemnego wznoszą się (choć na ten moment to raczej kurczą się...) liczne wieże. Czasem trzeba tylko dobrze wykadrować zdjęcie, bo gdzieniegdzie postanowiono dobudować betonowe straszydła...

W miarę oddalania się od morza wjeżdżamy coraz głębiej w obręb parku krajobrazowo Le Madonie, pełnego magicznych krajobrazów, bujnej roślinności i dumnie wznoszących się na niższych i wyższych wzgórzach kamiennych wiosek. Choć bezchmurne niebo ochoczo towarzyszy gorącemu jak nigdy do tej pory sycylijskiemu słońcu, robi się coraz chłodniej... a przecież spać będziemy dużo, dużo wyżej...


Pochodzący z XIV w. zamek w Castelbuono mogliśmy podziwiać jedynie z zewnątrz, gdyż zamknięty na cztery spusty najwyraźniej nie spodziewał się dziś żadnych zbłąkanych turystów...


Nasza Panda podczas 1-szego odcinka specjalnego. Pod górę, momentami, szybciej dyszała niż jechała ;-)


Napotkana po drodze wycieczka, była z całą pewnością wycieczką włoską, gdyż za nic miała zasady ruchu drogowego :-)

Sąsiadując ze sobą, na wysokości ponad 1000m n.p.m. leżą dwie wioski, na których czas tymczasowo postawił krzyżyk - Petralia Sottana oraz Petralia Soprana. Trudno stwierdzić czym zajmują się ich mieszkańcy, ani z czego żyją. Jako, że większość młodych dawno wyjechała już za pracą do Palermo, lub jeszcze dalej - być może na kontynent - średnia wieku zdaje się przekraczać 60 lat... Ot takie miejsce na spędzenie w spokoju i bez niepotrzebnego stresu swojej zasłużonej emerytury. Jest tu zresztą wszystko co jest niezbędne - między innymi malownicze widoki na doliny otaczające miasteczka oraz niezliczona ilość kościołów.

Główną atrakcją (podejrzewam, że jedyną) jest praktykowana przez młodych (tych co zostali...) oraz starszych passegiata. Wieczorny spacer ulicami miasta we wspólnym dla wszystkich kierunku to wspaniała okazja do plotek i przeglądu najciekawszych wydarzeń dnia (czytaj tych dotyczących jedzenia i piłki nożnej...). Tradycja tradycją, ale moje wyjaśnienie passegiaty jest dużo bardziej praktyczne. Odbywa się ona zawsze w porze przed kolacyjnej i skupia głównie męską część populacji. Podejrzewam, że biedni faceci po prostu wyrzucani są z domów by nie przeszkadzali w przygotowywaniu wieczornego posiłku :-)


Gołąbek pokoju na wieży jednego z kościołów w Petralia Sottana.

Czy to dziś tata zabierze mnie na moją pierwszą passegiatę? Mama, w międzyczasie przygotuje potrawkę z myszy ;-)

Petralia (nieważne która) to znakomite miejsce na organizację przeglądu architektury sakralnej ;-)



"No i po co żeś tam właził?"



W okolicach Petralii znajduje się również... kurort narciarski. Podejrzewam, że charakteryzuje się najkrótszym sezonem w Europie ;-)


Ostatni etap naszej dzisiejszej podróży - Polizzi Generosa. Choć z centrum widać wijącą się niedaleko autostradę do Palermo, miejsce jest tak na prawdę mocno odcięte od cywilizacji. Najbliższy wjazd na wspomnianą autostradę jest dopiero kilkadziesiąt kilometrów dalej. Trudno na pierwszy rzut oka uwierzyć, że historia tej wioski sięga... VI w. przed Chrystusem! Po paru rozmowach z mieszkańcami daje się jednak łatwo zauważyć jak dumni są oni ze swojego dziedzictwa. A obejmuje ono nie tylko czasu potęgi cesarstwa rzymskiego ale również te dość współczesne. Z Polizzi Generosa pochodziła bowiem połowa duetu Dolce&Gabbana czyli Domenico Dolce, a także  Martin Scorsese...

Wyruszamy śladem dumnych potomków wielkich rodzin na passegiatę kamiennymi ulicami miasta. Mijamy 30 (!) kościołów, z których tylko nieliczne pamiętają swoją historię - pozostałe owiane są tajemnicą, a ich opis pochodzi głównie z podań przekazywanych przez pokolenia mieszkańców Polizzi.

- "Tu jest dużo kościołów... [...] jest też to miejsce... no..."
- "Jak się nazywa to miejsce gdzie przechowuje się stare rzeczy...?" pyta kolegę napotkany przez nas mężczyzna w sile wieku...
- "Muzeum" - odpowiedź zostaje przyjęta z ogromnych uśmiechem przez naszego rozmówcę

I właśnie tak scharakteryzować można Polizzi Generosa - MUZEUM. Takie troszkę zapomniane, zamknięte poza sezonem, niespecjalnie opisane i skatalogowane, ale jeśli poświęcić mu troszkę czasu i należytej uwagi... fascynujące!



Rzut kamieniem do autostrady wydłuża się do ponad 30 kilometrów ze względu na brak wjazdu...



Jeśli o mieszkańcach Polizzi można powiedzieć, że dumni są ze swojej historii, to ich nauczycielką i mentorką musiała być Sissi - gospodyni w B&B Sciabakè. W jej przypadku jednak powód do dumy jest podwójny. Bad & Breakfast, który prowadzi w kilkusetletnich murach kamiennego domu wygląda wewnątrz jak warowny zamek i kryje wspaniałe skarby, a pieczołowicie odnowione pokoje gościnne godne są królów i książąt. Całkowita renowacja trwała lat... 15!


Ogródek Sissi oraz włochaty sąsiad, który niczym kogut budzi nas następnego dnia rano, nie dając sobie włączyć drzemki...



Tego wieczoru raczymy się znakomitą kolacją z samych domowych produktów - bakłażanów z ogródka, pieczarek, papryki agro-dolce, fenomenalnego specka oraz sera. Głównym daniem są dwa rodzaje mięsa oraz omlet z własną fasolką szparagową. Do tego domowej roboty białe wino (a raczej nalewka) o iście godnym turystów z Polski stężeniu alkoholu ;-) Palce lizać!

Kolacji nie zakłóca nawet niespodziewany gość - dorosły syn gospodarzy, który zasiadając przy stole i zajadając się przygotowaną dla niego przez matkę kolacją, tonem nieznoszącym sprzeciwu  nakazuje jej włączyć telewizor ;-) Tradycja braku samodzielności "dzieci po 30-stce" jest bardzo mocno zakorzeniona we włoskiej kulturze...

Śpimy dziś więc w murach zamku... i jak to w zamku bywa, jest przeraźliwie zimno. Również jak to w zamku - nie ma ogrzewania ;-) Ale jest za to ciepła pierzyna i wkrótce toniemy we mgle unoszącej się nad Polizzi zapadając w głęboki sen...