środa, 6 sierpnia 2014

Sycylia - Lipari & Vulcano czyli... w krainie ognia






Z wielkim żalem zostawiamy za sobą spowite mgłą góry Madonie oraz niemiłosiernie miauczącego na podwórku sąsiadów Sissi kocura, który pełniąc dzielnie rolę koguta upewnia się, że nie stracimy nawet promyka wschodzącego sycylijskiego słońca. Polizzi Generosa jeszcze głęboko śpi, gdy podejmujemy próbę przeciśnięcia się naszą Pandą przez wąskie uliczki miasteczka. Każdy zakręt wskrzesza iskierkę nadziei na dotarcie do głównej drogi wyjazdowej, a każda następna uliczka, którą odkrywamy na naszej drodze, okrutnie ją zagasza.


Chwilę później mkniemy już jednak autostradą w stronę Milazzo. Liczne tunele przywodzą na myśl Szwajcarię, Alpy, podczas gdy opanowuję do perfekcji sztukę wyciągania, zakładania i ściągania okularów słonecznych. Aga, jak to zwykle na autostradzie bywa, z takim problemem się nie spotyka - ze snu przeważnie budzi ją jedynie mocne hamowanie. W samym Milazzo wita nas chaos niczym sprzed stworzenia świata - nieliczne drogowskazy sugerują, że w mieście jest kilkanaście portów, z których każdy w innej części miasta, i że tak w ogóle to całe miasto otoczone jest portami... Zanim udaje nam się kupić bilety na prom na wyspy Eolskie, jesteśmy zmuszeni objechać przystań kilkakrotnie w poszukiwaniu kas. Z biletami w ręku podejmujemy się kolejnego zadania (w pracy mówimy na to challenge) - tym razem znalezienia parkingu na dwie noce dla naszego auta. W porcie parkingi są dwa, a łącznie mieszczą być może 20 samochodów. Na szczęście do sezonu jeszcze daleko więc miejsce dla Pandy się znajduje.


Okazuje się, że wyspy Liparyjskie (lub Eolskie jak kto woli) to archipelag składający się aż z... 17 wysp, przy czym zamieszkałych jest jedynie kilka z nich. Nam udało się tym razem odwiedzić jedynie dwie z nich, ale co się odwlecze...

Prom odpływa punktualnie, co biorąc pod uwagę miejsce spędzania naszych wakacji, powinniśmy traktować dość podejrzliwie... i wkrótce mkniemy przez spokojne morze ku wyspie Lipari, największej spośród wysp Liparyjskich, gdzie wedle planu czekają na nas piękne, piaszczyste plaże i zasłużony odpoczynek. Słońce zdaje się testować swoje możliwości próbując swoim żarem dosięgnąć nas nawet pod pokładem poduszkowca - odpieramy ten atak, szykując się na kolejne nierówne starcie, tym razem na wyspie.


Dopływamy, a wraz z nami inne promy, toczące nierówną walkę z okolicznymi wulkanami na ilość wypuszczanego z kominów dymu...

W porcie Lipari spotykamy właściwie tylko dwie grupy ludzi - turystów oraz przedstawicieli biur podróży lub raczej małych firm specjalizujących się w wycieczkach na okoliczne wyspy. W przeciągu kilkunastu minut znamy już rozkłady promów na Vulcano oraz Panareę. Adze marzy się wulkan na Stromboli i choć z początku wydaje się, że będzie można przebierać w ofertach, okazuje się, że we wtorki (tego dnia jest wtorek...) wyjątkowo NIKT w tym kierunku nie płynie, a niestety wpław jest troszkę zbyt daleko.Humor poprawić może nam jedynie włoskie jedzenie ;-)

 
Pocieszamy się jedzeniem - pistacjowa bułeczka wygląda jak gdyby wpadła do słoika, w którym moczyły się pędzle po malowaniu ścian baru na zielony kolor ;-) Szybko jednak okazuje się, że takich bułeczek jest więcej więc teoria upada. Smak właściwie ten sam co zwykłej bułki kajzerki, ale miłe wrażenie pozostaje...

La Tavernella Vini e Sfizi to raczej miejsce na szybki i tani lunch. To bardzo miło, ze strony tej ośmiornicy, że dała się złapać, pokroić i wylądowała na naszym talerzu :-)

Kalmary, świeże pomidory, szum i zapach morza unoszący się wokół nas. Jak zwykle zamawiamy ZA DUŻO i ledwie możemy się później pozbierać...

"Mleko teściowej" ;-) komentarz, jak sądzę, zbyteczny...

Tej nocy śpimy niczym głowy starych, potężnych rodów władających Sycylią, bo z widokiem rozpościerającym się na całą wyspę Lipari. Bad & Breakfast La Dolce Vita znajduje się na samym szczycie masywu górskiego, na samym końcu drogi, tam gdzie kończy się asfalt i jeszcze trochę dalej... Spacer dostarcza więc, oprócz wspaniałych wrażeń krajobrazowych, również bólu nóg i ogromnego zmęczenia ;-) Niewzruszeni tym faktem, wybieramy się jeszcze na plażę, która wedle opisu znajduje się... kwadrans drogi od naszego przybytku.

Kwadrans do drogi głównej, kolejny kwadrans do drogi polnej oraz jeszcze jeden kwadrans drogą polną w dół stromym zboczem. Kwadrans! :-) 

Paradoksalnie, choć szacuję średnie nachylenie drogi na jakieś 30 stopni, szybciej idzie się nam z powrotem... pod górkę. Podejrzewam, że to dlatego, że nastała noc, kończyła się już bateria w komórce, która spełniała funkcję latarki, a my byliśmy głodni.

Co do samej nazwy "La Dolce Vita" to stwierdziliśmy wspólnie, że odnosi się ona nie tyle do gości (no bo jak życie może byś słodkie jeśli brakuje w nim prawdziwej włoskiej kawy, a jedyna dostępna to Caffè Americano i to o ściśle określonej porze dnia) co do mieszkających tam kotów, wygrzewających się przez całe dnie w sycylijskim słońcu. Zresztą to Bad & Breakfast pozostanie nam w pamięci głównie za sprawą niezwykle wyczerpującej listy przepisów porządkowych wywieszonej na drzwiach pokoju przez właścicielkę, a której to listy nie starczyło nam nawet czasu żeby zapamiętać... Brak typowej dla Sycylii gościnności wyjaśnia fakt, że gospodarze są.... przyjezdni, a na wyspę trafili przypadkowo żeglując po Morzu Śródziemnym. Nie zmienia to faktu, że okolica jest przepiękna, a ustronność tego miejsca zapewnia spokój i ciszę.


Aga na szabrach w cytrynowym sadzie. Nie ma to jak urwać sobie przekąskę do pogryzania w drodze na plażę...

Komu w drogę temu ręcznik. Ambitnie bierzemy ze sobą pełny kąpielowy ekwipunek by w podskokach uciec z lodowatej wody po zamoczeniu ledwo stóp ;-)


Taki oto substytut piasku/kamieni znajdujemy wzdłuż plaży na Lipari


Siarkowe skały mogą przebierać przeróżne formy i pojawiać się w najmniej oczekiwanym miejscu

Skalne wybrzeże potraktowane smoczym oddechem robi piorunujące wrażenie





W oddali pokryta niemal wiecznym śniegiem Etna dzieli rządzi raz po raz demonstrując swoją siłę i moc poprzez dym i lawę... Właściwie nie ma takiego miejsca na Sycylii, z którego, przy przejrzystym powietrzu nie można by dostrzec najwyższego szczytu na wyspie

Mojego bloga czyta również Aga, więc upewniam się, że w każdym poście będzie chociaż jeden kwiatek ;-)



Niespodziewany element krajobrazu. Być może to jedna z tych ekologicznych pralek...

Jedna z zagadek ludzkości rozwiązana. Teraz pewnym jest, że tajemnicze kręgi w zbożu na wyspach brytyjskich to robota sycylijskich imigrantów ;-)

Idealny wręcz stożek wulkanu góruje nad wyspami Liparyjskimi czujnym okiem doglądając winnic, z których pochodzi Malvasia
 
Następny dzień planujemy spędzić na wyspie Vulcano, której nazwa jak sądzę z góry sugeruje atrakcje, które mogą towarzyszyć tej wycieczce. Do portu z naszego B&B dostajemy się skrótem, przechodząc wzdłuż ogromnych kanałów burzowych. W 2012 roku ulewne deszcze pokryły niemal całe miasto taflą wody - skutki powodzi widać jeszcze w kanałach, pełnych śmieci i nie sprzątniętego gruzu. Samo miasteczko robi już jednak dużo lepsze wrażenie. Alejki pełne są kwiatów, a liczni handlarze zachęcają do kupna swoich towarów, głównie świeżych owoców i innych smakołyków.
 


Niczym statek piracki z czasów Kapitana Blood'a fregata "Royal Clipper" wpływa do portu Lipari. Jest to największy pięciomasztowy statek tej klasy pływający po świecie!

Szeroko dostępny na Lipari obsydian powstaje w wyniku natychmiastowego schnięcia lawy. Ciekawe, że jego złoża znajdują się też na Górnym Śląsku :-)

Mój pierwszy kontakt z plemnikami to serial "Było sobie życie"... Dziś już umiem je odróżnić od kaparków ;-)

Ta ławka jest absolutnie nie przeznaczona dla dwunożnych.







Przypływając na Vulcano można przeżyć chwilę grozy. Nad wyspą unoszą się kłęby szarego dymu i właściwie nie można być pewnym czy tuż, tuż po ziemią nie czają się na nas ognie piekielne. W porcie pustki, jak gdyby mieszkańcy ze strachu przed wybuchem uciekli na stały ląd. W rzeczywistości Vulcano zamieszkuje na stałe niecałe 500 osób - resztę stanowią żądni wrażeń i przygód turyści udający się na szczyt wulkanu lub nastawiających się na błotne terapie zdrowotne.



Najważniejsza jest dobra współpraca. Gdzie świeże ryby tam stado mew, albo w tym przypadku - cierpliwie czekająca na śniadanie jedna mewa.

Oprócz licznych ryb, okoliczne wody obfitują również w ośmiornice, które, jak się okazuje, można łowić NA WĘDKĘ z pomostu przed własnym domem...

Nazwę ją Paul i będzie mi przepowiadać wyniki meczów Ekstraklasy :D

Nie decydujemy się ostatecznie na błotne SPA ponieważ coś tu strasznie śmierdzi, a my mamy ze sobą jedynie po jednym komplecie strojów kąpielowych. Niemniej jednak podobno to bardzo zdrowa forma relaksu.

Plaża Sabbie Nere byłaby świetnym miejscem na spędzenie reszty dnia, ale okazuje się być siedliskiem tysiąca małych meduz. Tym samym kolejne podejście do kąpieli można odhaczyć jako nieudane ;-) W tym samym czasie ręcznik sąsiadów zostaje wdeptany w piasek przez pędzącego psa... trzy razy :-) Uwielbiam psy!!!

Zaopatrzeni w krem z filtrem 30, półlitrową butelkę wody oraz buty na płaskich podeszwach z zamszowym wykończeniem podejmujemy się wspinaczki na szczyt, w stronę krateru wulkanu. Woda kończy się po 400 metrach, buty Agi z niebieskiego zmieniają kolor na szary, a oboje wracamy spieczeni niczym bułki podgrzewane w mikrofalówce o pół minuty za długo ;-) Wyjście nie należy do najwygodniejszych, ze względu na wszechobecny pył (którego jest najwięcej gdy z naprzeciwka schodzą w dół szkolne włoskie wycieczki) ale dostarcza kapitalnych wrażeń widokowych. Lipari, Stromboli (!), Panarea niczym mityczne morskie stwory wznoszą się nad poziomem wody. Wulkany, te wygasłe, ale również aktywne walczą przed naszymi oczami o prymat tego najwyższego, najgroźniejszego (co z pewnej odległości zapewne śmiechem kwituje Etna...).



Do krateru 400 metrów, a każde następne 200 metrów wydaje się dłuższe niż poprzednie ;-)

Nikt by nam nie uwierzył, że wdrapujemy się na szczyt wulkanu więc fotki muszą być!

Na samej górze czeka na nas prawdziwe piekło. Niczym na zgliszczach po pożarze tysiąclecia Vulcano wydycha ze swojego wnętrza kłęby dymu. Wszechobecny zapach siarki każe oczekiwać rychłego pojawienia się smoków zamieszkujących to miejsce. Dracarys!




Przewodnik ostrzega, że dym może być trujący i powodować poparzenia. Jak przygoda to przygoda, tam idę! :-)

I Odszedł w siną dal, a raczej dymną dal i tyle go Aga widziała...


Pokłady siarki niczym otwarta rana rzeźbią krater wulkanu.


Ze względu na duże stężenie dymu zalecana jest natychmiastowa ewakuacja okolicznych mieszkańców ;-)


"L come il Limone" - w drodze powrotnej Aga wpada na pomysł zrobienia słownika na podstawie naszej sycylijskiej przygody, ale chyba nic z tego na razie nie będzie ;-)

Dzień i pobyt na Lipari kończymy chwilą szaleństwa - kolacją, która na długo pozostanie w pamięci naszych kubków smakowych ;-) Trattoria del Vicolo dostaje w pełni zasłużenie swój własny paragraf. Szef kuchni, który jak to określiła jedna z Pań "maluje obrazy, wybiera muzykę i robi ładne dzieci" prezentuje menu z przewodnim motywem pomarańczy, a Gabriele, synek właścicieli uwija się niczym profesjonalny kelner, wyrywając się by donieść nam menu, a później rachunek i terminal do płatności...

A oto jak powinna wyglądać wymarzona kolacja (i tymi zdjęciami kończę dzisiejszego posta)...:


Na otwarcie restauracji czekaliśmy po powrocie z Vulcano przeszło dwie godziny... ale było warto!

Budowanie klimatu na dobry początek, idealnie schłodzone biało wino do owoców morza i świeży chlebek na zakąskę...

"Suati ai Frutti di mare con pane caliato" - krewetki, muszle Cozze, Vongole oraz ośmiornica. Idealne połączenie

"Tartare di gamberoso rosso di mazzara" czyli tarat z krewetek i wędzonego miecznika z sosem pomarańczowym i truskawkami - hit smakowy tego wieczoru. Absolutnie ukochane danie Agi...

"Spaghetti con vongole e arancia" - makaron al dente i jeszcze więcej owoców morza i pomarańczy!

Niezwykle aromatyczne "Ravioli ripieni di scampi al profumo di limone" czyli pierożki nadziewane krewetkami w musie cytrynowym.

Miejsce zostało nam na jeden tylko deser. Wybór pada na "Spuma di ricotta, arancia e cannella" to jest pianka z ricotty na biszkopcie, nasączona likierem pomarańczowym, z pistacjowym krakersem oraz musem z owoców leśnych... takiego deseru nie powstydziałby się Amaro ;-)