piątek, 26 września 2014

Sycylia - Catania, Aci Reale oraz koncert Laury Pausini czyli... nieoczekiwana niespodzianka :-)


Absolutny "highlight" wieczoru. Koncert The Greatest Hits Laury Pausini zawitał nigdzie indziej jak pod nasze nosy - do teatru greckiego w Taorminie. Fascynująca iluminacja świetlna, a w tle rozbłyski Etny. Zdjęcia nie oddają całego efektu...

Jeśli chodzi o Laurę, to Aga od zawsze chciała zobaczyć koncert swojej ulubionej piosenkarki. Uwierzcie, jakie było nasze zdziwienie gdy okazało się, że jej trasa koncertowa zawitała akurat do Taorminy i to DOKŁADNIE wtedy gdy przebiegała tędy nasza wycieczka. Co prawda tego wieczoru mieliśmy już plany by spać gdzie indziej, ale zdołaliśmy je naciągnąć, nadłożyć trochę drogi i spełnić marzenie mojej jeszcze wtedy narzeczonej (podróż po Sycylii była naszą podróżą przedślubną).

Z samego rana, łamiąc bezczelnie zakaz wjazdu do centrum Taorminy, zaparkowałem przy samej bramie miasta, by Aga mogła pobiec po ostatnie bilety jakie zostały w centrum kultury. Udało się :-) Dzień nie mógł się lepiej rozpocząć, a przecież najlepsze było dopiero przed nami.


Nasz plan na dziś zakładał Catanię, a potem powrót wieczorem z powrotem do Taorminy na koncert. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Acireale, Aci Trezza oraz Santa Maria La Scala.


Czy to kozica? Czy to tygrys? Kocię zaczaiło się na nas skoro świt oczekując na swoją porcję przysmaków.


Jeszcze rzut oka na dziki ogród Villa Almoezia i można było ruszać w drogę. Jak co dzień, Sycylia przywitała nas czystym niebem i pogodą stworzoną pod wakacje.

Nękana przez swoją sąsiadkę Etnę, Catania nie zachwyca ilością zabytków, a poza głównym placem miasta Piazza del Duomo sprawia wrażenie nieco smutnej i opustoszałej w porównaniu do pozostałych miast w tej części Sycylii. Trafiamy jednak na wyjątkowo duży ruch, gdyż tego dnia odbywa się tutaj maraton Corri Catania 2015. GPS prowadzi nas uparcie w stronę startu/mety, czyli w największe tłumy. Chwila po chwili plastikowe barykady oraz policja staje na naszej drodze zamykając drogę dojazdu. Po godzinie znamy już każdy zaułek miasta i jesteśmy w stanie całkiem nieźle się orientować w naszym położeniu. Gdy wreszcie udaje nam się dojechać do naszego B&B maraton kończy się i blokady zostają zdjęte... parkujemy przy samym Piazza del Duomo ;-)

B&B Al Duomo, choć nie może pochwalić się oryginalną nazwą, okazuje się strzałem w dziesiątkę. Przemiła właścicielka, Tiziana, prowadzi nas do pokojów, z których każdy umeblowany jest w hołdzie jednego z patronów Catanii. Już następnego dnia przekonujemy się jak powinno wyglądać wspaniałe, domowe śniadanie.



Piazza del Duomo pełna ludzi przybyłych na odbywający się dziś maraton.


Cattedrale di Sant'Agata z kolumnami "zapożyczonymi" z rzymskiego amfiteatru. To zdaje się dość częsta praktyka - w większości z tego powodu zachowało się tak mało z przewspaniałych budowli wznoszonych przez Rzymian, a w każdym mieście kościoły można liczyć w dziesiątkach...

Fontana dell'Elefante - symbol Katanii, słonik który należał podobno do 8-wiecznego magika Eliodorusa, ma chronić Katanię przed zagrożeniem ze strony Etny. Jeśli tak, to zdaje się, że kilka razy zdarzyło mu się przespać zagrożenie ;-)


Kto powiedział, że w zawodach sportowych mogę brać udział jedynie ludzie? Myślę, że pies mógłby mieć duże szanse na wykręcenie niezłego czasu.


Nie jest to może jeszcze obraz po krakowskim sylwestrze, ale te śmieci leżeć tutaj będą jeszcze następnego dnia po naszym wyjeździe...


Coś czego bardzo brakuje mi w Polsce - wielokulturowość i szacunek dla innych nacji i wierzeń.

Via Crociferi - ulica pełna barokowych kościołów oraz pałaców.

Czy wiecie że flaga Sycylii pochodzi z 1282 roku? Trzy nogi odchodzące od głowy meduzy symbolizują szczęście i pomyślność. Czerwony i żółty to barwy Palermo i Corleone - dwóch miast, które jako pierwsze zawiązały współpracę przeciwko władzy Andegawenów.

Podczas gdy w Krakowie rozwija się moda na Food Truck'i, na Sycylii furorę robią jak widać Flower Truck'i ;-)
 
Krótki spacer po Catanii kończymy obiadem w restauracji (ekhm...) I Vecchi Sapori prowadzonej przez Mauricio, zwanego od dziś (przez nas rzecz jasna) Capo di tutti capi. Te piękne, wypełnione po brzegi talerze to nasza przystawka na zasadzie szwedzkiego stołu. Mauricio upewnił się OSOBIŚCIE, że pomimo otwartego baru, nie nałożymy sobie za dużo. O biznes przecież trzeba dbać. Przez cały czas trwania byliśmy również pilnie obserwowani przez zajadającego się tymże barem właściciela, który w przerwach między jedzeniem pilnował by młoda kelnerka nie czuła się za dobrze w swojej pracy. Ciekawe czemu żadni inni turyści nie zdecydowali się na obiad w tym miejscu... Dość zniesmaczeni (nie jedzeniem, która swoją drogą było bardzo dobre) zdecydowaliśmy się na przystawce zakończyć nasz obiad ;-)

Krewetka tygrysia, ostrygi, grillowany bakłażan, grillowana cukinia, papryka, kalmary, ramię ośmiornicy, fasolka, oliwki i plasterki wołowiny - przystawka mistrzów!


Przestrzegam Cię czytelniku przed tym przybytkiem. Z drugiej strony może to być całkiem ciekawe przeżycie ;-)

Wyjątkowo uśmiechnięty Mauricio (przy stoliku w kącie siedzieli znajomi szefa) oraz już dość przerażona dniem pracy kelnerka.

Kilkanaście kilometrów dalej, w miejscowości Aci Trezza z głębi morza wynurzającą się fantazyjne bazaltowe skały. Legenda głosi, że to pociski, które miotał  oślepiony cyklop Polyphemus za uciekającym Odyseuszem. Wioska pełna jest uczestników maratonu w Katanii, którzy szukają tutaj wytchnienia od dusznych ulic miasta. Znajdujemy je i my - przyjemna morska bryza stwarza fantastyczna warunki do odpoczynku i spędzenia miłego popołudnia.
 

Zdaje się, że żaden z pocisków Odyseusza nie trafił, skoro nie tutaj skończyła się jego podróż do domu, do Penelopy.



Nie ma to jak kawałek prywatnej plaży i wędka :-)



Nowoczesny Robinson Cruzoe w poszukiwaniu bezludnej wyspy, a raczej skały...



Nieopodal trafiamy na prawdziwą perełkę. W Acireale nie ma żadnych turystów, a życie toczy się powolutku, pośrodku pięknego, barokowego miasta. Na Piazza Duomo (żadnego zaskoczenia co do nazwy) zwiedzamy 17-wieczną katedrę.




Ile narodów tyle metrów. Neapolitański wydaje się najdłuższy. Najbardziej powściągliwi okazują się być Anglicy ;-)






Ostatnie godziny przed koncertem spędzamy w Santa Maria La Scala, małej wiosce rybackiej, gdzie główną atrakcją turystyczną okazuje się być... nasza obecność ;-) Podejrzliwi mieszkańcy ze skupieniem obserwują przybyszów zastanawiając się czego oni tak właściwie mogą tutaj szukać...




Czy to mistrzostwa świata, czy gierka nad brzegiem morza, najważniejsze jest serducho do gry!

I wszystko jasne!

W tym momencie obleciał mnie blady strach jakie nowe pomysły na doniczki mogą przyjść do głowy Adze... następną częścią naszego małego ogrodu będzie chyba jezioro ;-)

Pomimo apeli, mieszkańcy niespecjalnie przejmują się czystością swojej plaży...




A tymczasem w Taorminie czeka już na nas Laura oraz rzesze jej fanek...


Specjalny bilet parkingowy dla gości koncertu Laury.

Chwalimy się... :-)




Paczka chipsów - 2 Euro, opaski ze zdjęciem swojej idolki - 10 Euro, sprawić by usłyszała Twój pisk dochodzący z widowni - bezcenne.

Przypatrzcie się uważnie... ta mała czerwona kropka na szczycie Etny to lawa, strzelająca, jak sądzę, na wysokość kilkudziesięciu metrów. No chyba, że to część efektów świetlnych przygotowanych przez organizatorów koncertu ;-)

Na koniec posta zostawiam Was już ze zdjęciami z koncertu, który pozostanie dla nas niezapomnianym przeżyciem. Wszystkich ciekawych odsyłam do płyty koncertowej:


oraz do piosenki, która jest moim absolutnym faworytem :-)

https://www.youtube.com/watch?v=bLFjdrwunVM