piątek, 31 października 2014

Sycylia - Noto, Ragusa, Modica czyli... zapach mandarynek


Modica to nasze wielkie odkrycie. Fantastycznie położone na brzegach kanionu miasto zachęca do spacerów bez wyznaczonego celu (jako absolutny przeciwnik bezcelowych spacerów, nie wierzę, że właśnie to napisałem). Raz po raz odkrywa swoje piękniejsze oblicza.



Z Syrakuz podążamy na południe do trzech barokowych pereł Sycylii - Noto, Modica i Ragusa to miasta, o których traktuje ten post.

UWAGA: Jeśli chcesz dalej śledzić mojego bloga, zapraszam na nową stronę:
Nareszcie Urlop

Choć trudno w to uwierzyć, sycylijskie autostrady są atrakcją same w sobie. Kwiaty rosnące wzdłuż nich z pewnością zapełniły by niejeden ogród botaniczny. Ubrane w całą paletę kolorów wdzierają się siłą na jezdnię, jak gdyby starały się odzyskać odebrane przez człowieka tereny.

Aga nareszcie mogła skupić się na oglądaniu przyrody, a nie komentowaniu mojego sposobu jazdy...

Noto przywitało nas kurzem i piachem - właściwie wszędzie poza ścisłym centrum można było poczuć się jak na dzikim zachodzie. Po powrocie na parking trudno było nam rozpoznać własny samochód. Całe szczęście, że późniejsze deszcze w okolicach Trapani oszczędziły nam kosztów w postaci opłaty za myjnię. Określane przez nas przewodnik mianem jednego z najładniejszych starych centrum miast na Sycylii, Noto prezentuje się w swojej okolicy najmniej ciekawie. Imponujące barokowe gmachy... tak - gmachy, nie budynki, tłamszą główną ulicę miasta niczym nowojorskie drapacze chmur. Niestety rozmach ten idzie w parze z tłumami turystów maszerującymi wzdłuż Corso Vittorio Emanuele i... z powrotem. Wraz ze zjeżdżającymi się tutaj, zapełnionymi po brzegi autobusami wycieczkowymi, jak grzyby po deszczu wyrosły sklepy z oryginalnymi włoskimi pamiątkami prosto z fabryk w Chinach i tak o to... Noto traci swój klimat i zmusza nas raczej do ewakuacji niż kontemplacji pięknych zabytków.


Wpisane na listę światowego dziedzictwa Noto najlepiej odwiedzać poza sezonem (może w środku zimy...). W sezonie lepiej spędzić więcej czasu w Ragusie i Modice.


Pieskie życie...



Noto z powierza musi wyglądać jak muzeum miniatur. Nie wiadomo skąd co kilkaset metrów wyrastają takie oto działa sztuki...

Zaskoczenie... Pikachu żyje i ma się całkiem dobrze...

Na południe od Noto nadarza się natomiast okazja na krótkie obcowanie z historią. Imponująca Villa Romana del Tellaro - posiadłość pochodząca z czasów początku końca potęgi Cesarstwa Rzymskiego została oddana dla zwiedzających zaledwie kilka lat temu. Fascynujące mozaiki, traktujące w większości o rzymskich podbojach w Afryce, ukryte są w samym środku winnic gdzie uprawiana jest jedna z naszych ulubionych odmian czerwonego wina - Nero d'Avola.


Żartów nie ma...







Wkrótce potem Aga zgłasza weto i kategorycznie domaga się odpoczynku na łonie natury. Na szczęście całkiem niedaleko znajduje się "Riserva Naturale Orientata Oasi faunistica di Vendicari", dla uproszczenia zwany w dalszej części mojego postu "rezerwatem". Spacerujemy wśród bujnej roślinności, kwiatów, których nazw nikt poza moją żoną wymienić by nie zdołał... naturalnych słonych jezior i brodzących po nich dzikich ptaków.

Na terenie rezerwatu podglądnąć można również jak wyglądało w dawnych czasach przetwórstwo tuńczyków - "tonnary" górują nad morskim wybrzeżem i dają świadectwo, jak to wspólnie określiliśmy - masowej zagłady tuńczyków.

Resztę popołudnia spędzamy na plaży, na której panuje bezwzględna zasada zachowania ciszy... Upajamy się nią do czasu przybycia włoskiej wycieczki szkolnej.


Kategoryczny zakaz wyprowadzania na spacer... kangurów...

Wiele z sycylijskich plaż ukrytych jest w głębi rezerwatów przyrody. Nie można dojechać do nich samochodem, a docierają tu jedynie nieliczni. Idealne miejsce na odpoczynek.

Za trawą, co bardzo dokładnie widać na zdjęciu ;-) znajduje się teatr grecki z IV-III wieku.

Tonnary wyglądem przypominają raczej nadmorskie pałace lub posiadłości.











Opuncje są niestety wszędzie niemiłosiernie zmasakrowane przez turystów...


Wieczorem docieramy przy asyście zachodzącego już słońca do miasta Modica. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu (nie mieliśmy pojęcia, o której godzinie przyjedziemy) gospodarz naszego Bed & Breakfast czeka na nas już na ulicy i z uśmiechem wskazuje gdzie zostawić samochód.  Il Giardino dei Mandarini to mały raj ukryty za murami starego, kamiennego domu. Właściciel Giorgio o kilkupokojowy pensjonat dba całkiem sam, a najbardziej efekty jego pracy widać w ogrodzie. Mandarynkowe drzewa nie są jedynie ozdobą - na śniadanie dostajemy w prezencie przepyszny, domowej roboty dżem.



Widok z naszego okna na część ogrodu urządzonego przez Giorgio. W powietrzu unosi się słodki zapach mandarynek...





Drugie śniadanie mistrzów :-) Mleczko migdałowe, pomidorki i plasterek wyśmienitego sera.






Szeroko zakrojona akcja szpiegowska ;-)

Następnego dnia rano wybieramy się na wycieczkę po okolicy. Pobliska Ragusa, jak większość podobnych miasteczek dotknięta została przez trzęsienie ziemi, które nawiedziło to miejsce w 1693 roku. Nie mogący pogodzić się z tym nieszczęściem mieszkańcy rzucili jednak rękawicę niszczycielskim siłom natury i odbudowali stare miasto, dokładnie w tym samym miejscu. Jeszcze ciekawsza mimo wszystko jest jednak wiodąca do niego górska droga, prowadząca wśród skał, przepaści, urwisk oraz pięknych krajobrazów.







Wnętrze kościoła Świętej Agnieszki






Tak kończy się kilka rundek w paintball'a ;-)



Przyznać się, kto w tym momencie wstał i przyniósł sobie coś słodkiego ;-)

No... jeśli chodzi o Ragusę to tyle. Nic tu po nas :-)

Kilkadziesiąt kilometrów dalej, Marina di Modica, miejscowość leżąca na południu, nad samym morzem niemal zwiewa nas, wraz z samochodem z drogi. Warunki te za to świetnie wykorzystują surferzy :-)



Jeszcze jedna tonnara... choć patrząc na jej stan, niedługo będzie o jedną mniej :-(

Po południu wracamy do naszego mandarynkowego raju. Modica i jej stare centrum (tak jak i w Ragusie - odbudowane po trzęsieniu ziemi w 1693 roku) znajduje się bezpośrednio pod nami - parę ulic, kilka stromych zejść, kilkadziesiąt stopni stromych schodów. Warto pospacerować po tym zaskakująco żywym i wesołym mieście, które, choć nie omijane przez turystów, wciąż zachowuje swój klimat i nie poddaje się w żadnym razie komercjalizacji. Jako, że zbudowane jest na zboczu, spacer dostarcza coraz to nowych fantastycznych widoków.














Antica Dolceria Bonajuto to miejsce gdzie dostać można (kupić i skosztować!) najlepszą czekoladę w mieście. Bardzo polecamy wersję Xocoatl - czekoladę aztecką.




"Tutaj nie płaci się za nakrycie" - podczas gdy w Polsce regułą są napiwki, w Niemczech uczciwie informowani jesteśmy o doliczaniu serwisu do rachunku w restauracji... Włosi mają jak zwykle swój pomysł na biznes. Do rachunku doliczane jest tzw. "pane e coperto" (chleb i nakrycie) - najczęściej również w kawiarniach, barach itp. itd.





"Monika, ach Monika..."

Pomysł na biznes... Pizze Dolci - Pizza z Nutellą. Zastanawia mnie również jak gigantyczna musi być pizza Maxy skoro kosztuje 3x tyle co normalna!
Do trzech razy sztuka - może wreszcie zrozumieją, że ta ulica jest moja!

Modica zapada w sen, a wraz z nią my. Wcześniej jeszcze domowa kolacja w trattorii Basilico i można próbować wyczołgać się z powrotem na górę.