poniedziałek, 10 listopada 2014

Sycylia - Caltagirone & Piazza Armerina czyli... roads less travelled

Pomyśleć, że moje wyżyny plastyczne to malowanie gór i morza podczas lekcji w podstawówce. Ale talent się albo ma, albo się go nie ma.

Dziś będzie o miejscach, do których trafia się rzadziej, tych w głębi wyspy, gdzie część osób bawiących w Taorminie czy Syrakuzach nie dociera. Stwierdziłem ostatnio, że muszę częściej pisać swoje posty, szczególnie teraz gdy "zdobyłem" drugiego obserwatora, a raczej obserwatorkę (dzięki Ankha) :-). Jako, że dotychczas jedynym stałym obserwatorem była moja małżonka, jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy :-)


Kierujemy się na północ do Caltagirone - ceramicznego zagłębia Sycylii oraz Piazza Armerina, gdzie Villa Romana del Casale przebija wszystko co miało do tej pory wspólnego z mozaikami.

Nasz gospodarz Giorgio oprócz pełnego stołu smakołyków, zaserwował nam na śniadanie świeżą konfiturę mandarynkową, świeżutki soczek oraz własnoręcznie robione ciasto - przepraszam, trzy ciasta, z których część trzeba było zabrać jednak na drogę. Z zaopatrzeniem jak widać problemów nie ma, kiedy pod same drzwi podjeżdża miejscowy rolnik.


Ile z Was ma okazję kupić świeże warzywa wychodząc z domu w pantoflach...?

Już przekraczając granicę Caltagirone można poczuć, że odwiedza się miejsce szczególne. Od ponad tysiąca lat, jest ono nieoficjalną stolicą sycylijskiej ceramiki, a cuda powstające w warsztatach w okolicy lub bezpośrednio przy schodach Santa Maria del Monte trafiają w ręce właścicieli na całym świecie (teraz także w nasze). Wokół monumentalnych schodów, gdzie KAŻDY stopień okraszony jest bogactwem wzorów i rysunków na płytkach ceramicznych toczy się życie miasta. Nieopodal targ żywności, a dookoła labirynt typowo włoskich, wąskich, jednokierunkowych rzecz jasna uliczek.


Santa Maria del Monte w czasie świąt przyozdabiane są świecami i lampionami, tak by wieczorami tworzyć niepowtarzalne i niezapomniane wzory. Innym razem funkcję tą pełnią świeże kwiaty.

130 metrów, 142 schody... schody łączące od 1606 roku wyższą część miasta z niższą połączył w jedną całość w roku 1844 architekt Salvatore Marino.

Kilka lat po drugiej wojnie światowej dodano ceramiczne płytki oparte na tradycyjnych motywach. Sądzę, że może być ich około 5000tys.!


Wszystkie wyrobu powstają ręcznie, a każdy jest inny, na swój sposób niepowtarzalny.

Warsztatów naliczyliśmy się przeszło 20, ale sądzę, że jest ich o wiele więcej. Nawet po wielu wizytach wciąż byliśmy ciekawi co kryje się za drzwiami kolejnego.



Chciałoby się powiedzieć mniam ;-) Albo "połamania zębów"...


















Nacieszywszy oczy i opróżniwszy portfele*, ruszyliśmy w dalszą drogę. W oddali widać było bacznie obserwującą nas Etnę, a zbierające się na niebie chmury jedynie ustawiały się do zdjęć aniżeli straszyły deszczem.

* tak naprawdę to kupiliśmy sobie jedynie dwie małe ceramiczne kaczuszki. Obawiam się, że wszystkie inne zakupy nie przetrwały by lotu tanimi liniami do Krakowa ;-)






Jeśli spodobała Wam się rzymska willa i jej mozaiki w poprzednim poście i planujecie wybrać się ją obejrzeć, to... możecie bez żalu o niej zapomnieć i skierować się raczej do Villa Romana del Casale. Pochodząca z 300 roku n.e. posiadłość zdaje się być rozległa niczym małe miasto. Kiedy już wydaje nam się, że zobaczyliśmy tą najpiękniejszą mozaikę - absolutny skarb, to każda kolejna sala nieoczekiwanie wyprowadza nas z błędu i zachwyca na nowo. Cuda te można oglądać ze względu na fakt, że willa przez kilkaset lat przysypana była ziemią, która je na ten czas znakomicie zakonserwowała. Najnowszych odkryć dokonano tutaj dopiero w latach 60-siątych XX wieku, a jedynie od roku można oglądać willę w całej okazałości po kilkuletniej renowacji.









Pumba?




Mistrzostwa Świata w siatkówce kobiet...







Tę noc spędzamy na wsi, w ciszy... posród kóz, świnek i psów :-). Vecchia Masseria Charme & Relax to idealne miejsce dla zmęczonych tempem życia. Oprócz jacuzzi pod gołym niebem (łącznie gości w hotelu było może z 10 osób, więc całe dla nas)  skusiliśmy się na domową kolację degustacyjną - szyneczki z miejscowych świnek, warzywa, owoce. Znów byliśmy chyba zbyt głodni, więc znów nie ma zdjęć... ;-)







Ups, chyba ktoś zapomniał o zbiorze pomarańczy...



Nie trzeba lecieć do Maroka żeby zobaczyć kozice łażące po drzewach :-)
          



Walki gladiatorów w psiej skórze ciągnęły się przez cały wieczór. Ten większy towarzyszył nam przed i po kolacji :-)


A to widok z naszego okna :-)