poniedziałek, 30 marca 2015

Niemcy - Oberammergau, Augsburg, Nördlingen & Dinkelsbühl... Jaś, Małgosia, Babcia i Wilk na romantycznej ścieżce

Dinkelsbühl - niezwykle urokliwe miasto Bawarii, praktycznie nienaruszone podczas drugiej wojny światowej, to najwspanialszy przykład cudów jakie czekają na was na Drodze Romantycznej.



Po nocy w Oberammergau zmierzamy na północ w stronę Romantische Straße mijając (ale nie pomijając) Harburg, Augsburg, Nördlingen oraz Dinkelsbühl. Kończymy w perełce jaką jest bajeczny Rothenburg ob der Tauber.

Do Oberammergau dojeżdżamy z Monachium późnym wieczorem, podczas gdy spowite mgłą powietrze dokładnie ukrywa alpejskie pejzaże przed spragnionymi oczyma wędrowców, a rzęsisty deszcz wyraża z nimi solidarność jakby chcąc powiedzieć "mi też jest przykro, że niczego nie widzicie...". Z nadzieją na słońce przeczekujemy noc w pensjonacie Enzianhof (recenzja TUTAJ), za bajkowymi drzwiamy naszego pokoju.



Enzianhof wspaniale sprzedaje atmosferę sennego miasteczka. Podczas pysznego śniadanka, pełnego lokalnych produktów, nie zdajemy sobie jeszcze sprawy jakie skarby skrywa Oberammergau.

Poranek nas nie rozpieszcza, niebo wciąż płacze przemaczając nas na wylot. Doświadczamy idealnego przykładu nieprzewidywalnej, zmiennej, wysokogórskiej pogody. Nie pozwalamy jednak by to zepsuło nam humory i człapiąc po kałużach rozpoczynamy eksplorację :-)

Oberammergau jest słynne z dwóch powodów:
Po pierwsze - dokładnie co dziesięć lat odbywa się tutaj misterium męki Pańskiej - przedstawienie, w którym bierze udział ponad 2000 aktorów, muzyków i artystów. W 2010 roku za organizację zabrała się połowa miasteczka!
Po drugie - fasady budynków w centrum pokrywają setki fresków. Sztuka Lüftlmalerei zapoczątkowana w XVIII w. przez Franza Serapha Zwincka przedstawia głównie motywy z... bajek!


Przypomnijmy sobie zatem klasyczną bajkę o czerwonym kapturku:


O tym jak niegrzeczny Czerwony Kapturek spotkał jednego z ostatnich wilków zamieszkujących niemieckie lasy i przy pomocy swojej babci oraz leśniczego przyczynił się do zmniejszenia populacji gatunku...

"Proszę, daj mi żyć i w spokoju dokarmiać moją watahę Czerwony Kapturku..."; "Nic z tych rzeczy wilku, mama powiedziała, że powstanie tutaj wielkie centrum handlowe i wilki trzeba wytępić!"

"Babciu, babciu, a dlaczego Ty masz takie wielkie oczy?"; "Mój drogi Czerwony Kapturku... oczy wyszły mi z orbit kiedy usłyszałam ile dostanę za mój dom i kawałek ziemi gdy stanie tutaj ALDI"

Nie wszystkie bajki muszą jednak kończyć się źle. Dajmy na to podanie o Jasiu i Małgosi (Hänsel und Gretel)...

Wierzcie mi, że na żywo freski wyglądają jeszcze bardziej oszałamiająco... domek z Jasiem i Małgosią stoi zaledwie kilka kroków od naszego pensjonatu, a to dopiero początek...

Jaś i Małgosia to dwoje dzieci drwala, które wraz z ojcem i macochą mieszkały w chatce na skraju lasu. Jako, że macocha nienawidziła dzieci, ojciec za jej namową zgodził się zostawić je w lesie pod pretekstem wyprawy po chrust. Mimo okruszkowego fortelu Jasia wkrótce zapadła noc i dzieci zostały same nie mogąc wrócić do domu. 


Rano odnalazł je wilk, który był jednym z ostatnich przedstawicieli gatunku...

A, przepraszam, nie ta bajka...


No więc, rano odnalazła je staruszka, która pomieszkiwała w smakowitej chatce z piernika. Jako, że Jaś był łasuchem, łatwo dał się skusić na obietnicę obfitości słodyczy i wraz z Małgosią przyjęli ofertę gościny u babci.
 



Niewiele później okazało się jednak, że staruszka jest czarownicą i z lubością łapie małe dzieci, które później piecze w piecu by mieć czym nakarmić swojego wspaniałego czarnego kocura. By upewnić się, że karmy starczy na dłużej zamknęła Jasia w klatce i zaczęła go dokarmiać (nie wspomniałem wcześniej, że na świecie panował głód, więc Jaś był chudy jak patyk).


 

Jaś i Małgosia słusznie stwierdzili, że czarownica byłaby dorodniejszym okazem (bo z racji mieszkania w chatce z piernika dorobiła się całkiem pokaźnego brzuszka) i postanowili role odwrócić, smażąc w piecu babcię, zabierając z sobą kota i wracając do rodziców.

Tutaj wkrada się pewna nieścisłość, bo w oryginalnej bajce, po powrocie dzieci do domu, macocha już nie żyła, a na freskach jest... Domniemywać trzeba, że w międzyczasie drwal poznał nową towarzyszkę życia na potańcówce w Oberammergau. Nie muszę dodawać, że kobieta ta z radością przyjęła jego dzieci jak i, mam nadzieję... czarnego kota.




Na bajkach jednak freski w Oberammergau się nie kończą. Niemal każdy budynek wzdłuż głównej drogi miasta snuje kolejną opowieść i wabi spacerujących niezwykłym kunsztem ich wykonania. Zobaczcie sami...
 
Hmm, akurat tutaj Agnieszka zrobiła zdjęcie kwiatów - nie fresków.



Przestrzegam przed czytaniem tej opowieści od prawej strony... osiołek... grill... uczta... tańce, swawole :/ Dla potrzeby mojego bloga przyjmijmy, że są to jedynie niezwiązane ze sobą obrazki.

Zapomniałem również napomknąć, że trzecią rzeczą, z której słynie Oberammergau jest sztuka rzeźbienia w drewnie. Zaiste - zachwycające miejsce.
Bawarczycy są na wskroś religijni, więc nie mogło zabraknąć motywów z biblii.

"Komu w drogę, temu...mgła" chciałoby się powiedzieć, gdy wczesnym popołudniem, kontynuując podróż po świecie bajek, skierowaliśmy się w stronę zamku Neuschwanstein, będącym bezpośrednią inspiracją dla czołówki znanej z filmów Disneya. Niestety nie było dane nam go zobaczyć, czego po dziś dzień bardzo żałujemy :/
 

To nie Disney... to zamek Hinterhohenschwangau (uwielbiamy te proste, jednosylabowe niemiecki słowa) - rezydencja króla Ludwika II Bawarskiego z czasów jego dzieciństwa.

Przy dobrej pogodzie, w całej okazałości Neuschwanstein prezentuje się tak:






Naszym oczom zaprezentował się w taki oto sposób:



Maksymalny zoom, filtry i Photoshop pozwoliły mi trochę odratować widok... nacieszcie oczy :-)

Füssen, miasteczko położone u podnóża niewidzialnego zamku jest również bramą do jednej z największych atrakcji Niemiec - Romantische Straße - nazwanej tak w latach 50 XX w. przez obrotnych agentów turystycznych w celu zwabienia w te rejony turystów z całego świata. Całkiem trafnie, gdyż droga ta prowadzi przez jedne z najbardziej malowniczych miast tej części Europy. Na jej dokładne poznanie przydałoby się kilka dni - my zorganizowaliśmy sobie wycieczkę ekspresową.



Kościół we wsi Wies (nie wieś, Wies!) to przykład architektury rokokowej (dlatego też nie ma zdjęć z jego wnętrza, bo z Agnieszką nie jesteśmy wielkimi fanami). Wieść gminna głosi, że w roku pańskim 1738 na drewnianej figurze Chrystusa zauważono łzy, co rozsławiło Wies jako popularną miejscowość pielgrzymkową, do której każdego roku zmierzają chorzy w nadziei na cudowne uzdrowienie.

Największym miastem na trasie romantycznej jest Augsburg, który, co ciekawe, jest jedynym w Niemczech, który może pochwalić się własnym świętem (Augsburger Hohes Friedensfest - 8 sierpnia), a co za tym idzie, którego mieszkańcy mają więcej urlopu od swoich germańskich pobratymców!


Tradycyjne niemieckie stroje jak się okazuje można nabyć również w domach handlowych.



Fuggerei, zniszczone doszczętnie podczas II Wojny Światowej, a zaraz później dokładnie odbudowane, to najstarsze na świecie osiedle mieszkań socjalnych dla ubogich rodzin (powstało w 1516r. dzięki staraniom Jakuba Fuggera, zwanego... "bogatym" (o ironio...).


Zamknięte za murami Fuggerei jest wciąż zamieszkana. Ciekaw jestem jak jej mieszkańcy wytrzymują grupy turystów zaglądających im do środka domów.


"Takiego wielkiego owczarka mam, niemieckiego rzecz jasna..."


XII w. zamek Harburg oparł się wojnom i bombardowaniom i wciąż można poczuć się tutaj jak w Średniowieczu (z tą różnicą, że można robić zdjęcia...)

Niezwykle romantycznie robi się wraz przybyciem do miasteczek Nördlingen oraz Dinkelsbühl, z których to pierwsze obchodziło niedawno 1100 rocznicę istnienia. Fasady z muru pruskiego nadają im niepowtarzalny klimat i kuszą do przesiadywania w licznych kafejkach i kontemplowania upływającego czasu...



Przez bramę nie ma wjazdu dla nie-mieszkańców. Każdy krok w stronę centrum Nördlingen, przenosi Was coraz bardziej w przeszłość.


Gdyby nie metalowe rusztowania, to śmiało można byłoby sobie wyobrazić wznoszącą się na podeście w centrum miasta szubienicę.




   
W drodze do Dinkelsbühl, tradycja mierzy się z nowoczesnością. Samowystarczalne, dzięki panelom słonecznym, miasteczko.
   
Dinkelsbühl. niech ta przygoda trwa...

 









Zakończmy klasycznie - romantyczną ucztą! A na talerzach:"Knuspriges Spanferkel schaüfele, Dunkelsbiersoße, deftiges Bayrisch kraut & Kartoffelknödel". Kto zrozumiał to jego. Ja nie rozumiałem, ale zjadłem ze smakiem :-)
  

sobota, 28 marca 2015

Niemcy - Regensburg & München... Deutschland, Deutschland über alles.



Przyznaję się, że bywam leniwy, więc nie zamierzam specjalnie tłumaczyć się z mojej nieobecności na blogu. Nie chciało mi się.. doceńcie szczerość :-) 

Ale czas najwyższy rozpocząć pisanie nowego rozdziału, zanim codzienność wymaże z pamięci resztę wspomnień z podróży. Szczególnie, że powoli w planach już następne wojaże i będzie co opisywać...


 

Deutschland, Deutschland über alles... 

Do głowy by nam nigdy nie przyszło, że moglibyśmy za cel wakacji obrać kraj naszych zachodnich sąsiadów. Czy słyszeliście kiedykolwiek o pięknych, piaszczystych plażach Niemiec..? O zapierających dech w piersiach krajobrazach?  A może o sięgających chmur górach, zapraszających na białe szaleństwo? Ja też nie... 

A jednak los przygnał nas tutaj i na zawsze zmienił nasze wyobrażenie o tym jakże pięknym kraju oraz niezwykle miłych ludziach.

Plan podróży okazał się bardzo ambitny. Dość powiedzieć, że zakładał przejechanie prawie 5000 kilometrów w dwa tygodnie co równało się mniej więcej 50 godzinom jazdy samochodem. Koniec końców udało się go zrealizować, ale chyba po żadnych wakacjach nie byliśmy tak wyczerpani. Całe szczęście mieliśmy jeszcze po powrocie cały weekend na odpoczynek ;-)

Trochę później okazało się, że wykorzystaliśmy chyba ostatnią szansę na darmowy przejazd niemieckimi autostradami...

 
Po nocy w Czechach kierujemy się do Ratyzbony na... kiełbaski, a potem krótka wizyta w Monachium na rzecz jasna... kufel piwa!



Gotycka katedra Św. Piotra w Ratyzbonie (Regensburger Dom), której historia sięga XIII w.

Na pierwszy ogień poszła Bawaria, a bramą do tego pięknego landu była Ratyzbona (Regensburg), która zwana jest, jak później wyczytałem - "Najbardziej na północ wysuniętym miastem Włoch" (ze względu na największą na północ od Alp liczbę tzw. wież rodowych - bardzo popularnych we Włoszech). Tym samym mógłbym teraz z dumą oznajmić Adze, że spełniłem jej życzenie o corocznej, choćby krótkiej wizycie w Italii. Regensburg jest również jednym z najstarszych miast w Niemczech oraz może pochwalić się największą średniowieczną starówką w tym kraju. Szczególnie do gustu przypadł nam spacer wśród pięknie odnowionych uliczek oraz powolne, relaksujące tempo życia. 

Warto jest wpaść tutaj choćby na chwilkę, przespacerować się wzdłuż Dunaju i wraz z mieszkańcami nie odmówić sobie przyjemności zjedzenia kiełbaski z kwaszoną kapustą według oryginalnej receptury w mającej blisko 500 lat kuchni Wurstkuchl.





Bawarczycy są niezwykle dumni ze swojej kultury i dziedzictwa. Sklepy z ubraniami, inspirowanymi lokalnymi wzorami można znaleźć na każdym kroku. Trudno odmówić im uroku, a sobie wydania sporej sumy pieniędzy (do najtańszych nie należą).

Takiego misia NIE kupiliśmy i chyba po dziś dzień tego żałujemy. Ale z całą pewnością do Bawarii wrócimy i za drugim razem z pewnością ulegniemy pokusie ;-)

Ja stąpający po XII w. kamiennym ,moście łączącym dzielnicę Stadtamhof ze starym miastem, który to most aż do 1930r. był jedynym w mieście! Co ciekawe, był on wzorem dla takich znanych mostów jak te w Avignon, Londynie oraz Pradze.

Niemiecka sztuka ogrodowa to jak widać nie tylko krasnale ;-)






Gdyby jeszcze ktoś miał wątpliwości, że alkohol szkodzi zdrowiu...

Obwoźna kapela w samym sercu miasta. Ja osobiście w rajtuzach czułbym się dosyć nieswojo, ale ja tak fajnie nie śpiewam, więc to może dlatego...





Historische Wurstküche nad Dunajem. Oryginalnie posiłki jedli tutaj budowniczy oraz obsługa portu w Ratyzbonie - dziś to jedna z największych atrakcji turystycznych miasta. Jest smacznie, klimatycznie i niedrogo. Również niezwykle tłoczno, więc miejsca należy szukać na bulwarach Dunaju.

Kuchnia nie uległa postępowi technologicznemu, okapu ani klimatyzacji brak - wewnątrz unosi się gęsty dym - tym lepiej dla kiełbasek :-)



Dużym plusem podróży po Niemczech jest niezmierzona pajęczyna autostrad. Dwie godzinki później meldujemy się już w stolicy Bawarii oraz... piwa - dumnym Monachium (München), na które (co odkrywamy z wielkim smutkiem) zaplanowaliśmy zbyt mało czasu. Żeby w pełni poczuć klimat miasta należałoby spędzić tutaj kilka dni, a i tak z pewnością mogłoby każdego czymś zaskoczyć podczas każdej następnej wizyty. To wszystko oczywiście nie biorąc pod uwagę licznych muzeów w Monachium takich jak Deutsches Museum, BMW Museum czy Pinakothek.


Wizytę zaczynamy w parku angielskim, ukochanym miejscu dla Monachijczyków. Poza górami, do których z Monachium jest już bardzo blisko - to ulubione miejsce spędzania wolnego czasu.




Posmak historii regionu - Odeonsplatz. To tutaj miał miejsce pucz monachijski, lub też piwiarniany  czyli nieudana próba przeprowadzenia zamachu stanu w Republice Weimarskiej przez Adolfa Hitlera zakończona rozwiązaniem NSDAP.

Koncert na świeżym powietrzu. Nazwa Odeonsplatz pochodzi od sali koncertowej, która kiedyś górowała nad placem.


Jeśli dinozaur zeżarł Twoją torebkę to tutaj możesz ją odkupić... za 1000% jej rzeczywistej wartości ;-)

Jeśli Kraków jest europejską stolicą wieczorów kawalerskich (szczególnie dla młodych Brytyjczyków), to Monachium z pewnością dzierży palmę pierwszeństwa wśród wieczorów panieńskich :-)

Neus Rathaus - nowy ratusz to chyba najbardziej popularny motyw widokówki z Monachium. Przybrany tysiącami kwiatów oraz powiewającymi na wietrze biało-niebieskimi flagami Bawarii, robi piorunujące wrażenie.
Na potwierdzenie mojego poprzedniego komentarza...



Hirschgarten to miejsce, do którego się wraca. Przyjemności picia piwa w litrowych kuflach oddają się turyści oraz Bawarczycy w każdym wieku. Nie mogło nas tutaj zabraknąć.

Niestety nie dostosowaliśmy odpowiednio swojego stroju...

Z naszej piwnej imprezy miał być również film, ale dziwnym trafem udało nam się nakręcić jedynie kilkusekundowe momenty kiedy myśleliśmy, że nie kręcimy i przygotowywaliśmy się do jak najlepszego ujęcia...







Mam przeczucie, że następnym razem na jednym Radlerze się nie skończy...

Do dna!


Niezwykle popularny Hofbrauhaus czyli sala piwna przypomina mi poprzedni wygląd krakowskiego dworca - tłum, brud i smród alkoholu :-/ O wiele przyjemniej jest spędzić czas na świeżym powietrzu. Nie polecam jakoś szczególnie.



Tym samym drodzy czytelnicy, wracamy do tradycji prezentowania zdjęć naszej pasji i miłości - JEDZENIA! Podwieczorek spędzamy w restauracji Fraunhofer. Moją recenzję możecie przeczytać TUTAJ.


Znakomity gulasz wołowy z knedlikiem - palce lizać, dosłownie :-)


Agnieszki kaczuszka z niezwykle chrupką skórką w asyście.. kiełbaski (którą zjadłem ja).


Nie wiem jak Wam, ale mi ta fontanna kojarzy się z wybiegiem dla niedźwiedzi polarnych.

Pomnik ku czci.. krowy. Gdzie my jesteśmy..? w Indiach?

Złapany w sieci!

W tle Frauenkirche, w środku za to wnętrze dość surowe...

Noc spędzamy już wysoko w Alpach, ale o tym dopiero w następnym poście... cierpliwości - tym razem nie każę na siebie czekać paru miesięcy!