poniedziałek, 27 lipca 2015

Niemcy - Bremen & Lüneburg... czyli dlaczego pies wlazł na osła?

Osioł, pies, kot i kogut czyli muzykanci z Bremy zamiast straszyć rozbójników są teraz atrakcją starego miasta w Bremie.

Z Greven udajemy się w stronę morza - odwiedzamy Bremę i Lüneburg, by osiąść na parę dni w Hamburgu.

Wieczór spędzamy w otoczeniu pięknych ogrodów w gospodarstwie agroturystycznym. Podczas gdy Aga odpoczywa leniwie sącząc Rieslinga, ja wznoszę się na wyżyny moich umiejętności językowych wdając się w pogawędkę z gospodarzem. Mniej więcej polega to na pilnym słuchaniu i potakiwaniu głową zawsze wtedy gdy słyszę słowo, które wydaje mi się, że rozumiem...



Pies gospodarza dzielnie pilnował by nikt nam nie przeszkadzał, ale w swoim lenistwie nie uznał za stosowne powitania gości w swoim gospodarstwie.


"Co tam znalazłeś?"

Na miejscu nie mogło oczywiście zabraknąć baru oraz wspaniałego niemieckiego Weizen - pszenicznego piwa.

Bremen (Brema), śródlądowy port i ważny ośrodek przemysłowy północnych Niemiec zatrzymuje nas na parę godzin. Rynek tętni życiem, a podczas naszej wizyty odbywają się tutaj targi pracy. Swoje stoiska przeróżne okoliczne firmy, uczelnia gastronomiczna, ale również Bundeswehra, straż pożarna czy... jednostka policji z wyszkolonymi psami. "Wyszkolonymi" okazuje się być jednak stwierdzeniem na wyrost, gdyż podczas prezentacji akcji antynarkotykowej, psy bardziej interesują się przysmakami ukrytymi w kieszeni policjantów, aniżeli marihuaną ;-) Kompromitujący film zachowujemy dla siebie i z szacunku dla niemieckiej policji, nie wrzucam go na bloga...


Łapiemy się na wspaniałe, darmowe naleśniki, serwowane przez rektora uczelni :-)

Według legendy Brema będzie tak długo wolna i niezależna jak długo na jej rynku będzie stał ten oto posąg Rolanda ze słynnej "Pieśni o Rolandzie". Dlatego też podobno w podziemiach ratusza znajduje się jego wierna kopia by w razie czego mogła szybko zastąpić oryginał ;-)


Chwila sławy dla psa-turysty. Ze swoją posturą mógłby, według mnie, zastąpić do najwyżej kota...

Nie może zabraknąć zdjęć jedzenia! Tym razem restauracja "Bremen Ratskeller", czyli w wolnym tłumaczeniu "Ratuszowa". Świeże owoce morza i ryby na sposób bałtycki. Smaczne.

Moja recenzja restauracji TUTAJ.





Wracamy do targów - oto antybohater pokazu :-)

Śmiem twierdzić, że ten oto osobnik poradziłby sobie o niebo lepiej. Bezbłędnie odwraca wzrok od walizek, w których najwyraźniej żadnych narkotyków nie ma...


Böttcherstraße - przykład "ceglanego ekspresjonizmu", jak czytamy w przewodniku...

Niezwykle oryginalna fontanna i znów nasi czterej zwierzęcy przyjaciele...

"No Ty to jesteś uparty jak... nie wiem co!"




Największą atrakcją miasta Lüneburg, naszego kolejnego przystanku, jest bez wątpienia zabytkowe centrum, które bez uszczerbku przetrwało II Wojnę Światową i zachowało swój niepowtarzalny klimat. Tworzą go przede wszystkim liczne ceglane domy, które na skutek zapadania się ziemi na tych terenach, niemiłosiernie i niebezpiecznie wyginają się na wszystkie strony. Zwany "Miastem solnym" Lüneburg był  ważnym centrum wydobycia soli, a ostatnią kopalnię zamknięto tu dopiero w 1980 roku. Patrząc na ogromne "piwne" brzuchy zabudowań, można sobie jedynie wyobrażać, jak mogłyby wyglądać, gdyby wydobycie ciągle odbywało się pełną parą.



Swoją drogą - ciekawe czy podłoga w tym domu również jest pod takim kątem ;-)











Rodzice zawsze mówili mi, żebym nie pił, bo mi urośnie mięsień piwny...

Dużo można o tych domach powiedzieć, ale od linijki to one zbudowane nie są...

Na tym kończy się kolejny dzień naszych wakacji... Ogarnia nas (a przynajmniej Agę, jak widać) smutek...

czwartek, 23 lipca 2015

Niemcy - Aachen, Köln, Münster... Prawdopodobnie najpiękniejsza katedra na świecie!



Miejsce pochówku Karola Wielkiego - majestatyczna katedra pod patronatem św. Marii w Akwizgranie w czasach Świętego Cesarstwa Rzymskiego była świadkiem koronacji 30 władców , a w czasach współczesnych - naszej wizyty ;-)


Po nocy spędzonej w Aachen (Akwizgranie), kierujemy się do Kolonii, by następnie odwiedzić Münster, niedaleko którego odnajdujemy spokój i relaks w rodzinnym zajeździe.

Dumne ze swojej niemal 2000-letniej historii Aachen (Akwizgran) jest jednocześnie najdalej na zachód wysuniętym miastem Niemiec i znajduje się tuż przy samej granicy z Belgią i Holandią. Pomimo odległości, którą musieliśmy pokonać by tu dojechać - okazało się ono  jednym z najjaśniejszych przystanków naszej podróży. Już pierwszego wieczoru poczuliśmy się niemal jak w domu, bo podobnie jak w Krakowie, stare centrum pełne było mieszkańców, turystów i studentów leniwie popijających drinki i piwo na licznych placach i skwerach, pod gołym niebem. Ta atmosfera urzekła nas tak bardzo, że trudno było zmusić się by późną nocą wrócić do hotelu.

Z samego rana, niewyspane, tak jak i my, miasto odkryło przed nami część swoich skarbów.





Ściskam te ryby tak, że aż im woda ze skrzeli wypływa...

Zdjęcie pewnie bardziej na bloga Agnieszki, ale podejrzewam, że mogła przeoczyć. Nie zdziwcie się jeśli niedługo zniknie i pojawi się na jej stronie ;-)




Fontanna nieopodal katedry daje upust kreatywności przechodniów. Położenie rąk, nóg, a nawet głów postaci można tutaj dowolnie kształtować. Na pierwszy ogień poszła Aga.

A Maciek na to... "Takiego ..."

Historia Aachen sięga czasów Rzymian i robi się jeszcze ciekawsza podczas panowania Karola Wielkiego, czy też lat świetności Cesarstwa Rzymskiego. Niektórzy jak widać uważają, że to ciągle zbyt mało i starają się zwrócić uwagę turystów na... okres tolkienowski, kiedy okoliczne lasy pełne były goblinów.

Absolutną perełką, godną najpiękniejszych katedr Italii i Watykanu, jest ta pod patronatem św. Marii. Dość powiedzieć, że jest to pierwszy zabytek wpisany na listę dziedzictwa kulturowego w Niemczech (rok 1978), a zarazem jeden z trzech pierwszych w Europie. Względnie niepozorna budowla skrywa jedno z najbogatszych wnętrz jakie widzieliśmy gdziekolwiek na świecie. Przykro mi, ale zdjęcia nie są w stanie oddać wrażenia, które wywołuje gdy stoi się w jej centrum. Będziecie musieli przekonać się sami, do czego gorąco zachęcam!







Wiszący świecznik Barbarossy - jeden z czterech tego typu artefaktów na terenie Niemiec. Wykonany z pozłacanej miedzi wisi wciąż na oryginalnym łańcuchu z czasów Karolingów.








Małym rozczarowaniem zakończyła się za to nasza wizyta w Köln (Kolonia), której głównym celem była... katedra. Ogromna rozmiarem (trzecia pod względem powierzchni na świecie), wysoka na niemal 160 metrów (przez co szczególnie trudno zrobić jej z bliska zdjęcie) bryła ciekawa była głównie z oddali, na fotografiach czy pocztówkach. Wizytówce Niemiec bardzo dużo brakuje do przepięknej akwizgrańskiej siostry. Co więcej, najbliższe otoczenie katedry stanowi nie piękny park, skwer czy plac, a okalające ją z każdej strony autostrady, które, jakby było im mało, wdarły się głęboko pod ziemię siatką tuneli.




Próbowałem.. nie da się. Z placu przed katedrą nie sposób sfotografować jej w całej okazałości.

Popołudnie spędzamy w... samochodzie, na niemieckich autostradach, a niekończąca się droga prowadzi nas pomału (choć bez ograniczeń prędkości) na północ, w stronę małego miasteczka Greven, nieopodal którego zatrzymujemy się na nocleg. Wcześniej jednak wybieramy się na wieczorny spacer w Münster, zwieńczony fantastyczną kolacją w restauracji Altes Gasthaus Leve - miejsce, w którego wnętrzu czas zatrzymał się 400 lat temu (recenzja tutaj).





Katedra św. Pawła w Münster


XVI-wieczny zegar astronomiczny z namalowaną mapą świata na tarczy. Takie cudo znajdujemy, ku naszemu zaskoczeniu w jednej z naw kościoła.

Rajski przedsionek kościoła, w którym w okresie średniowiecza odbywały się sądy.



Którą by tu jeszcze odwiedzić katedrę ;-) Z perspektywy czasu naprawdę nie wiem co przyświecało idei zwiedzenia takiej ilości katedr jednego dnia...







Po prawej, z czerwonym "oczkiem" w środku to po prostu... kompot. Prawie jak w Polsce :-)


Ceramiczne ściany, stary klimatyczny bar, obsługa w nieskazitelnie białych koszulach i czarnych krawatach. Kolację jedliśmy w ogródku przed restauracją, ale właściciele sami zaprosili nas do środka byśmy mogli się rozejrzeć i z dumą przyglądali się gdy robiliśmy zdjęcia :-)

A na koniec taka ciekawostka... parking w Münster i specjalne przeznaczenie miejsc 1054 - 1072...